GOOGLE TRANSLATOR - SELECT LANGUAGE

Oświadczenie

Nie wyrażam zgody na kopiowanie moich słów ani zdjęć. Jeśli chcesz jakieś z nich wstawić u siebie na blogu - zapytaj. Uszanuj czyjąś pracę - czytaj, komentuj, zadawaj pytania, ale nie kradnij!



Mój stary blog - Karia18

INFORMACJA:

Nowe posty pojawiają się rano, między 7-9!
Aby nie ominąć żadnej notki zapraszam do śledzenia mnie na FB i Instagramie i Tik Toku.

Uprzejmie proszę o klikanie w reklamy! Was to nic nie kosztuje, a ja zbieram na lepszy aparat :)

Moja ezoteryczna strona na FB: Klik! oraz grupa dla osób zmagających się z ŁZS: Klik

Ceneo.pl

Bielenda

zdrowie

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poród. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poród. Pokaż wszystkie posty

piątek, 20 stycznia 2023

3046. Canabo emulsja do higieny intymnej- czarnuszka

 Witajcie!

Dziś czas na pielęgnację intymną.


Słowo od producenta: "85% składników roślinnych pochodzenia naturalnego.Polecany dla osób o skórze wrażliwej i skłonnej do alergii. Delikatnie myje i łagodzi podrażnienia, niweluje uczucie napięcia błon śluzowych.
Składniki aktywne:
Czarnuszka (Nigella sativa L.) usprawnia działanie naturalnych funkcji obronnych naskórka, działa detoksykujaco, pozytywnie wpływa na mikroflorę skóry.
Konopie siewne (Canabis sativa L.) to źródło kannabinoidów, witamin, minerałów, protein i fitosteroli – łagodzą uczucie suchości i podrażnienia, działają ściągająco i antyoksydacyjnie.
Delikatne substancje, myjące naturalnego pochodzenia – bardzo łagodnie, najczęściej stosowane w produktach dla dzieci,bezpieczne dla kobiet w ciąży.
Kwas mlekowy – reguluje naturalne pH miejsc intymnych."

Produkt w okazałości:







 


Skład:



Otworek:



Na dłoni:



Szczegóły:

Cena i dostępnośćegzemplarz znalazłam w styczniowym boxie z Pure Beauty. Normalnie można go kupić na stronie producenta.
Zapach: ciepły, delikatny. 
Konsystencja: kremowa.
Opakowanie i pojemność: plastikowa butelka w niebieskości z bielą napisów od producenta. Pojemność: 250 ml
Wydajność: bardzo dobra. Produkt wystarczy na kilka miesięcy stosowania.
Działanie: przyjemne. Zacznę może od tego, że po dokuczliwej przygodzie z grzybicą: Klik! i Klik!, do produktów intymnych podchodzę bardzo ostrożnie. Moje obawy uwydatniają się zwłaszcza wtedy, gdy mam styczność z nieznaną mi firmą. Dlatego też do powyższego mazidła byłam nastawiona bardzo nieufnie, obawiając się, czy aby na pewno mnie nie podrażni. Na całe szczęście, już po pierwszym zastosowaniu owa trwoga zmieniła się w uwielbienie. Emulsja ta jest bowiem prawdziwym balsamem dla wrażliwych sfer intymnych. Nie dość, że świetnie myje i odświeża newralgiczne okolice, to jeszcze pozostawia takie miłe uczucie ukojenia. Coś jakbyśmy założyli czystą, jedwabną bieliznę, która nas otuli, tak jak ciepły kocyk. Warto też wspomnieć, że specyfik jest wydajny, tani i delikatnie pachnący. Ów praktyczny brak woni w przypadku produktów do higieny intymnej jest dla mnie o wiele bardziej przystępny, niźli jakiś intensywny aromat. Nie sposób zapomnieć o zacnym składzie, gdyż aż 85% to składniki roślinne pochodzenia naturalnego! Jestem tym gagatkiem naprawdę oczarowana i z pewnością siegnę po niego ponownie. Polecam.
Ocena: 5/5

Miałyście? 

Kathy Leonia

środa, 28 grudnia 2022

3037. Mój poród - rekonwalestencja po cesarskim cięciu

 Witajcie!

Dziś czas na kolejną część moich porodowych doświadczeń.
Tu byly poprzednie notki z tej serii: Klik! i Klik! i Klik!

Teraz skupimy się na kwestii związanej bezpośrednio ze wcześniejszym postem porodowym, czyli cecarskim cięciem.
Zakończyłam moją opowieść na tym, że po narodzinach córki, zostałam oddelegowana na salę pooperacyjną.

Tak więc niczego nieświadoma, pełna błogiego spokoju płynącego z pooperacyjnego znieczulenia, cieszyłam się obecnością śpiącej obok mnie Fasolki. 
Patrzyłam na nią i nie wierzyłam, że to już po wszystkim, i że jest z nami na świecie

Za kilka chwil jednak mój miły ducha stan zmienił się w koszmar i horror... gdy proszki i kroplówki znieczulające przestały działać...
Bolało mnie w środku dosłownie wszystko.

To było takie rwanie od wewnątrz, jakby jakiś obcy chciał mi wygryźć trzewia i wydostać się na powierzchnię. Nie mogłam się ruszyć kompletnie, byłam jak sparaliżowana.
Leżałam po prostu plackiem, bo każdy, nawet drobny manewr powodował uczucie, jakby moja blizna po cc zaczęła się rozchodzić.

Spanikowana dzwoniłam kilka razy po pielegniarkę, ale ta stwierdziła tylko, żebym nie przesadzała, bo rana operacyjna nie ma prawa pęknąć.
Cóż łatwo jej mówić, ale dla mnie to była prawdziwa katorga, bo nie dość, że cierpiałam, to jeszcze musiałam sama ogarniać małego człowieczka.

Pierwsze wstanie z łóżka, pierwsze kroki i pójście do toalety będę pamiętać do końca życia.
Trwało to dosłownie wieki...
Nigdy nie czułam się tak obolała, bezradna, zdana na siebie i swój organizm.
Z tyłu głowy wiedziałam, że muszę być silna, bo przecież Fasolkę trzeba przebrać, nakarmić, utulić.

Tak więc nie pozostało mi nic innego, jak zakasać rękawy, zacisnąć zęby i powoli, powoli zacząć wracać do normalnej funkcjonalności.

Na całe szczęście, gdy po szpitalu wróciłam do domu, do pomocy miałam teściową i męża.

Nie wiem, jakbym bez nich sobie poradziła, bo przez dwa tygodnie nie mogłam nic dźwigać, podnosić, schylać się. Wszystko mnie bolało tak, że ryczałam na głos.
Można rzec, że darłyśmy się unisono, bo ja na jeden głos, a Fasolka na drugi. 

Dopiero po upływie trzech tygodni byłam na tyle sprawna, że mąż wrócił do pracy, a teściowa do swoich obowiązków.

Czy żałuję tej nagłej decyzji lekarzy o konieczności wykonania cc?

Absolutnie nie.

Myślę, że jeśli z mężem zdecydujemy się na kolejne dzieci w przyszłości, to na pewno będę chciała mieć cc na życzenie. 
Wolę cierpieć przez dwa tygodnie, niż ponownie doświadczyć bóli porodowych...

A Wy mamuśki jakie macie doświadczenia porodowe?

Kathy Leonia


środa, 19 października 2022

3000. Mój poród - cesarskie cięcie

 Witajcie!

Dziś czas na kolejną odslonę moich porodowych perypetii.
Tu były poprzednie części: Klik! i Klik!

Tym razem pora na rytuał wieńczący niejako dzieło rodzenia, czyli cesarskie cięcie.

Najpierw tradycyjnie kilka słów mądrości z Internetu, który mianem cc określa chirurgiczne wydobycie dziecka z powłok brzusznych matki za pomocą ich przecięcia. Zabieg odbywa się pod znieczuleniem  miejscowym albo ogólnym. Takie porody zdarzają się w sytuacji, gdy ze względów zdrowotnych kobieta nie może drogami natury urodzić malucha lub też gdy podczas akcji porodowej nastąpią nieoczekiwane komplikacje.

Jak to było ze mną?

Ano właśnie w moim przypadku decyzja o cc była nagła i zgoła nieoczekiwana.

Jak mogliście przeczytać we wcześniejszej notce z tej serii, byłam przygotowywana do porodu naturalnego. Wszystko bowiem zaczęło się książkowo, ot odejście wód płodowych, coraz bardziej regularne skurcze. Dostałam już także znieczulenie zewnątrzoponowe, gdyż bóle porodowe były coraz bardziej dokuczliwe. Przez cały czas była przy mnie obecna położna, która czuwała, czy wszystko przebiega prawidłowo 

Szkopuł zaczął się tworzyć w 9 godzinie akcji porodowej.

Mimo podanego wcześniej znieczulenia, zaczynałam coraz bardziej czuć takie parcie w dolnej części ciała. Nie było to bolesne czy nieprzyjemne, takie po prostu dziwnie krępujące. Coś jakby mi się wielką kupę chciało zrobić.

Na bieżąco relacjonowałam oczywiście swe przemyślenia pielęgniarce, która na porównanie parcia do robienia kupy nawet nie mrugnęła okiem, tylko z powagą stwierdziła, że tak to zwykle bywa odczuwalne.

Za moment jednak mina jej zrzedła, bo nagle na zapisie tętna dziecka (ktg), do którego byłam od samego początku podłączona, zaczęły się pokazywać bardzo wysokie wartości. 
Gdy taki stan utrzymywał się przez dłuższą chwilę, zostałam natychmiast poinformowana, że będziemy musieli robić cesarskie cięcie, bo dziecko grozi zakażenie wewnątrzmaciczne, co jest bardzo niebezpieczne.

I nawet nie zdążyłam się obejrzeć, a dali mi koszulę szpitalną, założyli czepek na głowę, kazali podpisać deklarację o wyrażeniu zgody na operację i w te pędy zawieźli na salę.
Zostałam położona na stół, wysmarowana jodyną i zasłonięta parawanem tak, że nic kompletnie nie widziałam, co w moich dolnych rejonach będzie się działo. 

Następnie przyszedł czas na znieczulenie, po którym to zaczął śmiesznie mi się plątać język - bo podczas operacji świadomość zachowałam i normalnie wszystko słyszałam - i się zaczęło.

Coś tam brządało, coś tam klekotało koło mnie, a ja sama poczułam tylko takie ciągnięcie od środka i szast-prast już mogłam przywitać się z córką.

Tu na marginesie dodam, że doprawdy śmieszne było to nasze pierwsze spotkanie, bo młoda po wyjęciu z brzucha nie została dobrze wytarta, przez co pozostałości wód płodowych, jakie jeszcze na niej były, poleciały mi prosto na twarz, gdy chciałam dać jej calusa w czółko. 

Zaraz potem córkę pokazali mojemu mężowi, a mnie zaszyli i oddelegowali na salę pooperacyjną, nieświadomą jeszcze tego, co mnie czeka, jak znieczulenie minie...

Ale o tym będzie kolejna część opowieści.

A Wy mamuśki miałyście poród naturalny czy cc?

Kathy Leonia


środa, 14 września 2022

2980. Jak wygląda mój brzuch 3 miesiące po porodzie?

 Witajcie!

Dziś czas na trochę pogawędki fitnesowej.

Pokażę Wam mianowicie, jak wygląda moj brzuch 3 miesiące po porodzie.







Jak widać na załączonych zdjęciach jeszcze idealnie nie jest.

Mimo powrotu do swojej wagi sprzed ciąży (plus minus 1 kg) mój brzuch dalej nie chce się zrobić płaski. 

Nie przeszkadza mi to jakoś bardzo, ale nie czuję się dobrze we własnym ciele, które się nagle zrobiło jakieś takie sflaczałe i wiotkie...

Wiem, że to wszystko wymaga czasu i przede wszystkim ćwiczeń, albo masaży, na które obecnie ciężko mi znaleźć czas...

Mam nadzieję, że w przeciągu najbliższych miesięcy uda mi się odzyskać dawną, płaską brzuchowo figurę.

A u Was mamuśki jak było z powrotem do dawnej formy po ciąży?

Kathy Leonia


środa, 31 sierpnia 2022

2972. Mój poród, cz. 2 skurcze porodowe

 Witajcie!

Dziś czas na drugą część porodowych opowieści.
Tu zapraszam na poprzednią: Klik!

Tym razem pora na coś najbardziej spędzającego sen z powiek przyszłym mamom, czyli bólach porodowych.

Najpierw tradycyjnie chwila mądrości z Internetów, które to mianem bóli porodowych określają pierwszą fazę porodu, gdzie to zaczyna rozwierać się szyjka macicy, szykująca się do wydania dziecka na świat. Powszechnie przyjęło się uważać, że ten rodzaj dolegliwości jest jednym z najsilniejszych, jakich może doświadczyć człowiek w swoim żywocie. Ból ten ma charakter trzewny, rozlewający się po całym dole brzucha. Wiadomo, że każda kobieta inaczej przeżywa wspomniane wcześniej nieprzyjemności, ale najczęściej określa się je podobnymi do bólu mentruacyjnego.

Ja owe boleści zapamiętam na pewno do końca życia...

Wszystko zaczęło się mniej więcej o godzinie 16, kiedy to już byliśmy w drodze do szpitala. Poczułam typowy ból dla menstruacji, ot taki, jakbym zaraz miała dostać krwawienia. Nie przejęłam się więc tym za bardzo, bo domyślałam się, że to dopiero początek całej akcji...

Do kliniki dotarliśmy mniej wiecej na godzinę 17, a natężenie dolegliwości było ciutkę większe.
Zostałam wtedy zbadana przez położną, która na wieść o tym, że chyba mam już skurcze, zaczęła się wręcz śmiać, twierdząc, że do tego to jeszcze daleka droga.

Zostałam jednak od razu przyjęta do szpitala, gdzie miałam oczekiwać na dalszy rozwój zdarzeń.
Tu za dużo się nie działo, ot jedynie cały czas czułam coraz to bardziej mocniejszy ból, który pojawiał się regularnie co kilka minut. 

I tak minęła mi godzina 18, 19 i 20.
W międzyczasie rozmawiałam z mężem, zjadłam "pyszną" szpitalną kolację (kanapki z mielonką), popisałam trochę na telefonie z koleżankami i rodziną.
I bardzo dużo piłam wody, bo dosłownie czułam się wyschnięta od środka.

Wszystko nabrało tempa mniej więcej o godzinie 21, kiedy następujące po sobie partie skurczy były już tak intensywne, że dosłownie zapierało mi dech i przy każdej kolejnej fali bólu dosłownie wyłam, płacząc i wbijjąc paznokcie w ramię wspierającego mnie męża.

Kilka razy prosiłam zaglądającą do mnie położną, aby podała mi jakiś środek znieczulajacy, na co ta mówiła, że na znieczulenie jeszcze jest za wcześnie i dopiero mogą mi zrobić zastrzyk (a dokładnie znieczulenie zewnątrzoponowe) około północy...
A to dlatego, że miałam za małe rozwarcie i aby nie spowolnić akcji porodowej wstrzykiwanym medykamentem, trzeba zaczekać, aż otwór wyjściowy otworzy się bardziej.

Nie muszę mówić, że do tej godziny 24 czekałam jak na zbawienie, a czas oczywiście jakby stał w miejscu... Nie jestem w stanie opisać skali intensywności tego bólu, to było coś tak okropnego, jakby mnie rozrywali od środka. Ból okresowy to nic w porównaniu do tego... Człowiek ma ochotę zdechnąć, przeklina wszystko i wszystkich, a najbardziej chłopa, że on tylko sobie zapłodnił, a Ty kobieto cierp i za siebie i za niego... I że już nigdy więcej żadnych dzieci nie chcę.

Na szczęście wreszcie nadszedł koniec mojej męki i dostałam obiecany zastrzyk znieczulający w kręgosłup - niezbyt miła procedura, wkłuwają się w któryś tam kanał kręgowy - po którym to całe boleści odeszły w siną dal. Znów mogłam oddychać, mówić i uśmiechać się. Jedyne,  co mnie wtedy zaczęło martwić to fakt, że mogę nie czuć zbliżającej się akcji właściwej porodu, czyli parcia.

Nie było tego mi jednak dane doświadczyć, bowiem po kolejnej godzinie oczekiwania na powiększenie rozwiarcia - doszłam do 8 cm - padła decyzja o wykonaniu cesarskiego cięcia.

Czemu?

A o tym w kolejnej części.

A Wy mamusie jak wspominacie Wasze bóle porodowe?

Kathy Leonia

środa, 17 sierpnia 2022

2964. Mój poród, cz. 1 odejście wód płodowych

Witajcie!

Dziś wreszcie nastała pora, aby rozpocząć serię porodową.
Sporo osób mnie o takową prosiło, także przybywam z owym materiałem.

Będzie to na pewno kilka osobnych postów, bowiem jedna notka nie jest w stanie oddać tego wszystkiego, co się u mnie działo.

Zatem w pierwszej części skupimy się na odejściu wód płodowych.

Najpierw tradycyjnie chwila mądrości z Internetów, według którego ów proces to nic innego jak rozpoczęcie porodu.
Wiadomo, że u każdej kobiety przebiega to różnie i nie zawsze chlustająca z dróg rodnych woda oznacza rychłe urodzenie dziecka, bo od tego wydarzenia, do porodu właściwego może minąć od kilku do kilkunastu nawet godzin. Tak czy inaczej jednak, z momomentem odejścia wód płodowych, kobieta w ciąży powinna udać się niezwłocznie do szpitala. 

Jak to było u mnie?

Ano sam proceder fizjologiczny nastąpił dość niespodziewanie.

Mianowicie siedziałam sobie na podłodze, po turecku, przeglądając Allegro, a dokładnie ogłoszenia dotyczące telefonów Samsung Galaxy s21 Ultra.
Od jakiegoś bowiem czasu marzy mi się powyższy sprzęt dzwoniący i chciałam zrobić mały rekonesans pod kątem dostępności kolorystycznej jak i cenowej tegoż modelu.

 I tak sobie siedząc, niczego nie świadoma, poczułam nagle dziwną mokrość, jakbym się zsiusiała.

Stwierdziłam, że nic to dziwnego, wszak w ciąży nietrzymanie moczu to rzecz całkowicie normalna, zatem wstałam dość prędko - na ile gabaryty brzucha na to pozwalały - chcąc udać się do toalety.
Jakie było moje zdziwienie, gdy jak tylko się podniosłam, to trysnęło ze mnie niczym z rozlanego wiadra wody.

Dosłownie.

Bezbarwny płyn był wszędzie. Na podłodze, na spodniach, na płytkach. Przemokłam wzdłuż i wszerz, a najlepsze było to, że sam proceder owego lania się wody nie miał zamiaru się skończyć, tylko cały czas trwał i trwał w najlepsze.

Spanikowałam zatem, już wiedząc co się świeci i jak tylko mąż przyjechał z pracy, pojechaliśmy do szpitala. Całą drogę czułam uciekające ze mnie płyny wodne i wpadałam w coraz większą histerię, poganiając męża, żeby jechał szybciej, bo zaraz urodzę.

Do szpitala dosłownie biegliśmy, znacząc całą drogę moim mokrym śladem.

W rejestracji rzuciłam tylko, że ja na porodówkę muszę lecieć, bo wody mi odeszły, na co panie w rejestracji zaczęły się uprzejmie uśmiechać, mówiąc że to nie tak szybko się dzieje i wpierw muszę papierki przyjęcia powypełniać. Dodam, że cały czas miałam świadomość tego, że jestem cała mokra, od majtek, wkładki, poprzez spodnie i podłogę, gdzie stałam, a tu mi jeszcze jakieś dokumenty każą wypisywać.

Na całe szczęście kwestie formalne szybko były za nami, zatem już legalnie mogłam udać się na porodówkę, myśląc, że zaraz będzie koniec ciążowej przygody i lada moment urodzę.

Cóż, tak się oczywiście nie stało, bowiem od momentu przyjęcia, czyli godziny 17:00, do momentu porodu, czyli 2:50, miało jeszcze trochę czasu upłynąć...

Ale o tym opowiem w kolejnej części.

A u Was mamuśki jak to było z porodem?

Kathy Leonia




Walmart

hx caps

www.uusoccer.ru