GOOGLE TRANSLATOR - SELECT LANGUAGE

Oświadczenie

Nie wyrażam zgody na kopiowanie moich słów ani zdjęć. Jeśli chcesz jakieś z nich wstawić u siebie na blogu - zapytaj. Uszanuj czyjąś pracę - czytaj, komentuj, zadawaj pytania, ale nie kradnij!



Mój stary blog - Karia18

INFORMACJA:

Nowe posty pojawiają się rano, między 7-9!
Aby nie ominąć żadnej notki zapraszam do śledzenia mnie na FB i Instagramie i Tik Toku.

Uprzejmie proszę o klikanie w reklamy! Was to nic nie kosztuje, a ja zbieram na lepszy aparat :)

Moja ezoteryczna strona na FB: Klik! oraz grupa dla osób zmagających się z ŁZS: Klik

Ceneo.pl

Bielenda

zdrowie

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą anoreksja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą anoreksja. Pokaż wszystkie posty

środa, 16 lutego 2022

2859. Ciążowe perypetie, cz. 3 widmo dawnych zaburzeń odżywiania

 Witajcie!
 
Dziś temat bardzo dla mnie trudny i niełatwy...
Zwłaszcza po tak długim czasie, odkąd po raz pierwszy ową kwestię poruszałam.
 
Nie wiem bowiem czy wiecie, ale kilkanaście lat temu miałam problemy z zaburzeniami odżywienia.
Nie owijając w bawełnę: cierpiałam na anoreksję: Klik!. Dzięki wsparciu rodziny udało mi się wygrać z chorobą i nawet, gdy później pojawiły się kilka razy nawroty tego paskudztwa, to szybko potrafiłam się z tego wyrwać, przez co - pozornie - wszystko wracało do normy.  
 
Tu celowo użyłam słowa "pozornie", bowiem tak naprawdę zawsze gdzieś z tyłu głowy, słyszałam kuszący mnie głos mojej przyjaciółki Any (potoczny skrót od anoreksji), mówiący mi, co ja najlepszego robię, że jestem znowu gruba i muszę ponownie się ogarnąć i schudnąć. 
 
Na całe szczęście moja psychika i samoświadomość były na tyle silne i pewne swoich wartości, że dobre kilka lat kompletnie się moją wagą nie przejmowałam. 
Jadłam to co lubię, wtedy kiedy jestem głodna.
 
Warto też zaznaczyć, że tak naprawdę nie wiedziałam, ile ważę. 
Po dawnych perypetiach jedzeniowych, waga została wyrzucona hen daleko, aby mnie już nigdy nie korciło kontrolowanie mojej masy ciała. 
Jedynie po rozmiarach noszonych przeze mnie ubrań wiedziałam, że cały czas utrzymuję swój wymiar sprzed lat i ciągle mieszczę się w S/36.

W międzyczasie zaczęłam przyjmować tabletki antykoncepcyjne, które na ok. 2 lata moje gabaryty sylwetkowe delikatnie zmieniły - przybyły mi wtedy tak na oko może ze trzy kilogramy - ale cały czas rozmiar 36 był dla mnie dobry. Wiedziałam jednak, że ta nadwyżka wagowa to efekt leków i sądziłam, że po odstawieniu tabletek wszystko wróci do normy. Niestety tak się nie stało, ów dodatkowy tłuszczyk zadomowił się u mnie na dobre i nie chciał odejść, ale o dziwo jakoś specjalnie mi to przeszkadzało.

Wszystko się natomiast zmieniło w momencie, gdy zaszłam w ciążę. Praktycznie z dnia na dzień zaczęłam czuć się spuchnięta, ociężała i taka jakaś pełna, mimo że kompletnie nie byłam głodna i dosłownie jadłam porcje wróbelka: Klik!.

Do tego zaczęły się regularne wizyty u lekarza, celem kontroli mojego stanu zdrowia i wagi... Ja wiem, że to normalna procedura i tak powinno być, ale postawcie się na moim miejscu, kiedy to po raz pierwszy od ponad 10 lat stajecie na wadze i Waszym oczom ukazuje się prawie 6 kg więcej, niż pamiętacie. Nie ukrywam, że to był największy cios dla mnie, gdy zamiast wagi 51 kg zobaczyłam jakieś kosmiczne 57 kg... które ciągle rośnie.

Ostatni pomiar wagowy z tego miesiąca pokazał 59 kg, która to liczba bardzo mnie zdołowała i długo nie potrafiłam pogodzić się z faktem, że już tyle ważę, a to dopiero początek ciążowego tycia... Jest mi bardzo ciężko z tego powodu, biję się codziennie z myślami, co mam dziś zjeść i w jakich ilościach, aby dostarczyć organizmowi potrzebne mikro i makroelementy, ale tak, aby tego nie było za dużo.

Gwoli jasności: nie głodzę się, nie ćwiczę, nie stosuję środków przeczyszczających. Staram się po prostu jakoś to wszystko na spokojnie poukładać w głowie, aby dawne naleciałości związane z manią odchudzania nie dopuścić do głosu... Mam bowiem świadomość, że teraz dbam nie tylko o siebie, ale i o malucha rosnącego w brzuchu.

Musiałam się komuś wyżalić z moich rozterek wewnętrznych.

Po lewej zdjęcie mojej sylwetki sprzed ciąży, po prawej obecnie:


Kathy Leonia

poniedziałek, 13 czerwca 2016

1105. Anoreksja - przyczyny

Witajcie!

Z racji na fakt, iż seria postów o anoreksji cieszy się największą popularnością na tymże blogu, stwierdziłam, że powstanie cykl o tejże tematyce.

Wiele z Was prosiło mnie, abym usystematyzowała wszystko, co z anoreksją związane.

A więc: przyczyny, objawy, jadłowstręt, dieta, ćwiczenia, reakcja otoczenia, samopoczucie, psychika, leczenie, rekonwalescencja, powroty choroby.

Dziś zajmiemy się tym, co najbardziej boli, czyli przyczynami.

Jak to się dzieje, że młode, ładne dziewczyny, zaczynają postrzegać siebie jako tłustą kluchę?
Czemu, ryzykując zdrowie i życie, wybierają anoreksję?

Odpowiedź na powyższe pytania jest wbrew pozorom bardzo prosta: brak akceptacji siebie.

Wyobraźmy sobie następującą sytuacją:

Są dwie dziewczyny.

Jedna - nieco przy kości, ale pewna siebie, z wysoką samooceną i mnóstwem przyjaciół.
Druga - szczupła, ale nieśmiała, zakompleksiona, samotna.

Która z nich jest potencjalną nosicielką "genu anoreksji?"
Która na żart rzucony na imprezie typu: "nie jedz tyle, bo zgrubiałaś ostatnio" przejmie się tym do bólu kości i od dnia następnego zacznie głodówkę?

Oczywiście, że ta druga.

Ze mną było identycznie.

Słaba psychika, podsycona brakiem wiary we własne ciało, rozpoczęła beznadzieją walkę, aby stać się kimś lepszym, kimś innym.

Dlatego też uważajcie bardzo na słowa, na żarty, jakie wypowiadacie.
Kto wie, być może właśnie koleżanka, której wypomnijcie jednego pączka za dużo, stanie się kolejną ofiarą anoreksji...

A Wy akceptujecie siebie?

Kathy i Leon

PS. Głosujemy: Klik!

czwartek, 22 października 2015

874. ZaTAGowana

Witajcie!


Dziś przybywam do Was z TAGiem w ramach czwartkowego rozluźnienia.

Pytania zadała niejaka Magdzia Guła.

Tak więc hajże do zabawy przystąp:

1. Opisz swój ulubiony zapach z dzieciństwa.

Zapach z lat dziecinnych to niezmiernie woń pieczonych przez prababcią racuchów.
Pyszne z brązową, chrupką skórką i słodkim cukrem-pudrem na wierzch posypanym.
Ach rozmarzyłam się!

2. Gdybyś była pisarzem o czym napisałabyś swoją książkę?

Swego czasu, zaraz po tym jak udało mi się pokonać anoreksję (posty o anoreksji: Klik!) marzyło mi się napisanie książki właśnie tego typu. Oczami duszy widziałam już moją bohaterką, która poprzez kolejne stronice powieści mej bestsellerowej, zmaga się z paranoiczną walką o lepszą siebie. Niestety, z biegiem czasu zapał na napisanie tego typu dzieła blakł, wygasał... aż w końcu został zakopany gdzieś hen w odmętach sfery wyobrażeniowej i - póki co - raczej nie ujrzy światła dziennego. Teraz z kolei marzy mi się cicho wydanie twórczości kosmetycznej Leona w formie książki.

3. Jakie uczucia najtrudniej Ci kontrolować i które najtrudniej okazywać?

Wbrew pozornemu, radosnemu uzewnętrznianiu się na łamach blogaska, jestem z natury gruboskórna. Ciężko mi okazywać uczucia tzw. zażyłe w kontaktach z rodziną, przyjaciółmi czy znajomymi. To samo tyczy się związków. Nigdy pierwsza nie powiem kocham.

4. Z jakiego swojego dokonania najbardziej jesteś dumna?
Myślę, że niewątpliwym sukcesem tego roku jest zdanie prawa jazdy. Co prawda za 8 razem, ale kto by się czepiał takich szczegółów... Cała historia tu: Klik!

5. Gdybyś nie musiała pracować, a na Twoim koncie widniałaby ogromna suma pieniędzy to co byś wtedy chciała robić?

Myślę, że gdybym była zasobna w tak wielkie sumy pieniężne, bym rzuciła sprzedaż kursów językowych i poświęciła się całkowicie podróżowaniu. Marzy mi się bowiem odwiedzenie każdego pasma górskiego na świecie. 

6. Jaki talent chciałabyś posiadać?

Chciałabym stać się niewidzialna, by móc z premedytacją i po kryjomu kopać boleśnie co noc tyłek szefostwa z centrali z mej szkoły językowej.

7. Co najbardziej zniechęca Cię w prowadzeniu bloga?

Jeśli blogera zniechęca coś w prowadzeniu bloga - nie jest prawdziwym blogerem. Ja kocham wszystko, co jest związane ze światkiem dzienników internetowych. Blog i krytyka, hejty, zazdrość? To jak żuczek gnojowy i jego urocza kupka łajna - nie mogą istnieć bez siebie. Jeśli jednakowoż ktoś lub coś "śmierdzi" blogerowi za bardzo, wystarczy zatkać nosa i tyle!

8. Twoja wymarzona liczba obserwatorów na blogu to?

Rzeknę filozoficznie, że marzy mi się liczba nieskończoności.

9. Kosmetyk o którym marzysz po nocach?

Póki co nie wzdycham do niczego konkretnego. Jedyne, co bym chciała kiedyś tam w przyszłości capnąć to perfumy Aliena.

10. Jaki Twoim zdaniem jest sekret udanego związku?

Duża porcja cierpliwości wymieszana z zaufaniem i doprawiona hojnie ironicznym poczuciem humoru.

11. Ulubiony bloger- autorytet.

Jam Ci jest!

Kto chce, niech się pobawi też.


Kathy i Leon

czwartek, 3 września 2015

825. Recenzja: Apetiblock tabletki musuące do ssania niwelujące apetyt

Witajcie!

Dziś będzie o powstrzymywaniu apetytu.

Będę mówić o preparacie  Apetiblock, zapobiegającym napadom tzw. wilczego głodu.

Słowo od producenta: "Apetiblock Suplement diety w postaci tabletek musujących do ssania zawierający składniki pomagające zmniejszyć apetyt, zniwelować uczucie głodu oraz chęć podjadania.

Zalecane spożycie:

1 tabletka 1-3 razy dziennie.
Po otwarciu opakowanie zużyć w ciągu 60 dni.

Przeciwwskazania:

Uczulenie na którykolwiek ze składników.
W okresie ciąży i karmienia piersią przed zastosowaniem produktu należy skonsultować się z lekarzem.

Działania niepożądane:

Spożycie w nadmiernych ilościach może mieć efekt przeczyszczający."

Skład: sorbitole (substancja wiążąca), wyciąg ze skórki owoców Garcinia Cambogia, wyciąg z liści Gymnema sylvestre, kwas cytrynowy (regulator kwasowości), aromaty (malinowy, wiśniowy), węglany sodu (regulator kwasowości), chlorek chromu (III), koncentrat z buraka czerwonego, sole magnezowe kwasów tłuszczowych (substancja przeciwzbrylająca), dwutlenek krzemu (substancja przeciwzbrylająca), glikol polietylenowy (nośnik substancji słodzących), cyklaminiany (substancja słodząca), acesulfam K (substancja słodząca), sacharyny (substancja słodząca).

Produkt w pudle:






Tableteczki w gromadzie:


Ziom pojedynczy:




Szczegóły:

Cena i dostępność: specyfik ucapiłam w aptece za ok. 30 zł.
 Zapach: delikatny, słodki niczym cukierki pudrowe.
Konsystencja: różowa tabletka do ssania w paszczy.
 Opakowanie i pojemność: pojemnik czerwony, plastikowy, z białymi napisami producenta nań. Pojemność: 50 sztuk.
  Wydajność: średnia. Produktu wystarczy na jakieś dwa, miesiące regularnego stosowania.
Działanie: kiepskie. Zacznę od tego, uprzedzając pojawiające się na pewno pytania - nie odchudzam się. Preparat kupiłam, by walczyć z tzw. gastrofazą w momentach cyklu miesiączkowego, kiedy to mój żołądek zamienia się w otchłań bez dna i może zjeść wszystko i wszędzie i w każdej ilości. Miałam więc nadzieję, że Apetiblock pomoże mi uregulować ośrodek kiszkowy i uspokoić go w chwilach nadmiernego ssania. Niestety nic takiego się nie zadziałało. Przyjmowałam produkt około dwa, trzy miesiące regularnie - dwa, razy dziennie - i nie zauważyłam żadnej różnicy. Ochota na jedzenie i łaknienie jak była wcześniej, tak pozostała. Nic nie mogło mnie zatrzymać... Słodycze? Proszę bardzo, żremy i jemy! Orzeszki, chipsy, paluszki? A jakże, nic nas nie powstrzyma! Specyfik na powstrzymanie apetytu? Dobre sobie. Jak dla mnie to preparat na nic. Szkoda wydanej kasy, nadziei w nim pokładanych, a reklamę tegoż mogę skomentować jedynie poprzez nieartykułowane chrząknięcie w stylu: "wrrr". Co z tego, że suplement wygląda uroczo i smakuje jak cukierek? Takie rarytasy mogę kupić sobie za złotych kilka, a nie kilkadziesiąt. Tak więc drodzy ludzie świata, jeśli chcecie powstrzymać apetyt swój, raczej zamknijcie paszcze taśma klejącą, niźli kupujcie Apetiblocka. No chyba, że macie mnóstwo kasy i lubujecie się w drogich słodkościach.
 Ocena: 2/5

Miałyście?

Kathy i Leon

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

794. ZaTAGowana

Witajcie!

Dziś, aby poniedziałek wydawał się przyjemniejszy nieco, przybywam do Was z TAGiem, znanym roboczo jako: Dobre Myśli.

Nie pamiętam dokładnie kto mnie do tego nominował, nie mniej jednak na pewno było takich wesołych kilka osób, co to Leona wskazały, aby podumał nieco nad życiem swym.

Tak więc oto, co wykoncypowałam:

1. Styczeń, 8 lat temu.
Powoli rozpoczynała się panika tzw. sezonu maturalnego.
Stres, wielkie emocje i mnóstwo ważnych przyszłościowo decyzji. Kim będę, co chcę robić w życiu? Będąc w klasie biologiczno-chemicznej wybór jest prosty: medycyna, farmacja, fizjoterapia albo kierunki ścisłe na politechnice. Początkowo miałam w planach iść na farmację. Dobry fach, dobry zawód, praca pewna i kasa pewna. Myśl ta towarzyszyła mi przez 2 lata... aż do tego "gorące okresu".
Nagle pojawił się we mnie jakiś zgrzyt wewnętrzny.
Coś pulsowało, coś się buntowało... Ja i farmacja? Nie to nie jest to!
Ostateczną decyzję co do mojej przyszłości pomogła podjąć za mnie - paradoksalnie - moja polonistka.
Owa dama, nawiasem mówiąc, nie rozumiejąca zapędów twórczych wypracowań na 6 stron, jawnie mnie nie lubiła. Od zawsze powtarzała, że umysł ścisły - za jaki uważała całą moją klasę bio-chemiczną - musi wyrażać się krótko, precyzyjnie i zrozumiale. I gdy po raz kolejny, kręcąc głową nad moimi wypocinami, wypowiadała te słowa, wtem poczułam jakieś ciepło w duszy.
 Tak oto przyszło olśnienie. Z  klasy biologiczno-chemicznej idę na filologię polską!
Nie było łatwo, miałam pod górkę, ale udało się. Jestem teraz mgr.
Jako smaczek dodam, że napisane prace dyplomowe zadedykowałam - dla zgrywu - mojej pani od polskiego z liceum!

 2. Maj, 8 lat temu.
Obłożona notatkami i kserówkami, książkami i skoroszytami, siedziałam przy komputerze z otwartą Wikipedią odnośnie epok literackich, dzielnie i uczyłam się do matury.
Wtem, jakby z niechcenia, coś gdzieś kliknąwszy myszką w nieuwadze, otworzyła mi się główna strona Onetu. A tam na dole, widnieje niby niewinny slogan w czerwonej ramce: Nie wiesz co zrobić? Załóż bloga! Jedna sekunda, jedna myśl. To jest to!
Co więc zrobiłam?
Miast dalej poszerzać wiedzę swoją, zerwałam się z miejsca, rzuciłam wszystkie pomocy naukowe na podłogę i z wypiekami na policzkach przystąpiłam do tworzenia swego własnego miejsca w sieci. Nie przypuszczałam, że od tamtego momentu na stałe wpiszę się w blogosferę, figurując w niej jako Karia18.
Teraz głównie utożsamiam się z Leonem, nie mniej jednak założenie tego pierwszego bloga było dla niczym odkrycie ognia dla pierwotnych pociotków.

2. Kwiecień, 15 lat temu.
Być coraz chudsza, zapaść się, zniknąć przeminąć... Anoreksjo, królowa mojego ciała i ducha!
Błędny krąg maniakalnego odchudzania robił się coraz większy. Brak śniadania, brak kolacji, li suchy ziemniak na obiad. Czułam, że odpływałam powoli gdzieś w niebyt, do innego wymiaru, gdzie byłam tylko ja i moje nic-nie-ważenie.
Widziałam, że mojej rodzinie było ciężko, że szeptali po kątach, że płakali z bezsilności. Ale nic to, kiedyś mnie na pewno zrozumieją!
Na wieczór czekało mnie rutynowe badanie z osiedlową lekarką. Ot kolejna walka z wiatrakami.
Na ringu: chory umysł anorektyczki kontra umysł medyczny.
Weszłam do gabinetu jak zwykle nastawiona na odparcie ataku. Tym razem jednak od progu powitała mnie głucha, dzwoniąca wręcz w uszach cisza. Nie wiedziałam, czy mam usiąść czy stać jak stoję...
Dopiero po kilku minutach, starsza pani w białym kitlu, zdjęła z nosa okulary, spojrzała się mnie i zapytała się, czy naprawdę chcę umrzeć? Czy życie mi nie miłe? Żebym się zastanowiła jeszcze, bo tak naprawdę wszystko jest w moich rękach.
W pierwszym momencie nie zrozumiałam tego, co do mnie powiedziałam. Życie, śmierć? Przecież, ja tylko chciałam być perfekcyjna! Nie chcę umierać!
Wybiegłam z gabinetu jak w amoku, powtarzając w duchu mantrę, że chcę żyć. Biegłam ostatkiem sił przez osiedle, obraz mi się zamazywał przez płynące z oczu łzy. I gdy tylko z bijącym od emocji sercem i zamazaną płaczem twarzą wparowałam do domu, tak od razu rzuciłam się do kuchni.... i  zobaczyłam kotlety stojące na stole. Zaczęłam je jeść. Początkowo z obrzydzeniem, a potem z coraz większym smakiem.
Obręcz na żołądku pękła, serce się uwolniło a myśli stały się jasne.
I tak oto wygrałam z anoreksją.


A jakie są Wasze Dobre Myśli na ten tydzień?

Kathy i Leon

środa, 28 stycznia 2015

610. Anoreksja - refleksje z przeszłości

Witajcie!

Pod wielce wzbudzającą zainteresowanie notkami odnośnie moich dawnych zmagań z anoreksją, otrzymałam pewien komentarz.
Już dawno żadne inne słowa, jak te anonimowe, nie wzbudziły we mnie takiej zadumy i refleksji, sięgającej pamięcią hen w przeszłość.

Autorka napisała, że podziwia mnie, moją silna wolę, że udało mi się wygrać z chorobą.

Ona sama bowiem: "przyzwyczaiłam się do takiego życia, bo jak zrezygnować z czegoś co jest połową Twojego życia ? Nie da się! Nawet jeśli cierpimy to brniemy w to dalej brniemy w to co znamy... Dla mnie najgorsze się jak wejdę w głodówki nie mogę potem tego zatrzymać mówiąc sobie jeszcze tylko jeden dzień, ale może tyle lat nauczyło mnie tego, żeby tego nie robić...".

 Powyższe słowa niejako zmroziły i przejęły mnie.

Zobaczyłam bowiem siebie ponad 10 lat temu, z wystającymi kośćmi policzkowymi, z burczącym żołądkiem i namiętnie wciąganym brzuchem, z uporem i przekorą obsesyjnego bycia perfekcyjnie chudą.

Pamiętam, jak każdy dzień dłużył mi się niemiłosiernie, jak odliczałam godziny, minuty, sekundy, by pożreć wyznaczone na daną porę porcję skromnego posiłku - jeśli takowym można nazwać tzw, suchy chleb dla konia.
Pamiętam wyrzuty sumienia po jednym kęsie kanapki więcej, po obfitszym łyku soku, po większej garści czereśni czy wiśni.
Pamiętam ból gdzieś na dole żołądka i przerażającą pustkę w sobie, którą wypełniałam jedynie chorymi wizjami tego, że przecie to dla mego dobra, że tak osiągnę ideał.

Niczym były dla mnie smutne twarze bliskich i ich pełne lęku słowa, żebym się ogarnęła, bo wyglądam jak szczapa.

Przesłoniętymi anoreksją oczami widziałam w lustrze tylko grubego paszczura, którego musiałam pokonać.
 Nie liczyło się to, że wszystkie bluzki na mnie wisiały, a spodnie spadały z tyłka.

Anoreksja  zaburzyła mój punkt widzenia samej siebie.
Odebrała radość i szczęście z drobnych przyjemności dnia codziennego.
Nauczyła jak być silną bez jedzenia.

Nie miałam jedynie chorego ciała.
Miałam chorą duszę...

A największym paradoksem w tym wszystkim było to, że nikt inny oprócz mnie samej nie może mnie uleczyć.

Dopóki bowiem nie zrozumiałam, że idę na dno, że tracę samą siebie, dopóty byłam szczęśliwa ze swoją anoreksją...

Mam więc nadzieję, że autorce komentarza, o której mówię na samym początku, uda się jednak wygrać z Aną, odnajdując spokój i szczęście bez nałogu głodzenia się.

Trzymam za Ciebie kciuki, kimkolwiek jesteś!

Kathy i Leon

czwartek, 18 grudnia 2014

569. Z menu anorektyczki

Witajcie!

Nie da się ukryć, że notki o anoreksji są najchętniej czytanymi postami na blogu.
Dostaję sporo pytań odnośnie tego jak się  żywiłam w czasach choroby, co jadłam, jak ćwiczyłam, by szybko schudnąć w krótkim czasie.

Głupotą byłoby wskazywanie przeze mnie punkt po punkcie jakie były wtedy moje nawyki żywieniowe i dietowe.
Anoreksja nie jest chorobą do naśladowania, ale do unikania.

Nie mniej jednak, z racji na ową czytelniczą ciekawość, napiszę - bardzo ogólnie - jak to Leon się stołował, gdy był chudy jak tyczka.

1. Śniadanie

Tu najczęściej spożywałam pół kromki chleba, bez masła, jedynie posmarowane cienko jakiś chudym twarożkiem czy serkiem. Do tego była sałatka warzywna (sałatka w rozumieniu jeden liść sałaty) i mnóstwo pietruszki na sam wierzch - by zabić głód. Do popicia? Albo herbatka oczyszczająca - nie ma jak wybieganie w środku lekcji do toalety - albo dwa kubki wody przegotowanej.

2. Drugie śniadanie

Drugie śniadanie szykowała mi zawsze babuszka do szkoły, tak więc, chcąc nie chcąc, musiałam ów - kusząco pachnący świeżą bułka i szynką - pakunek zabierać, by się nie wydały za szybko me uniki żywieniowe. Niestety - ach ta głupota Leona - gdy tylko próg domu przekroczyłam, drugie śniadanie lądowało w śmietniku, albo było rozkruszone dla ptaszków ulicznych... Poprzez powyższe działanie cały czas lekcji w szkole chodziłam głodna i zła, patrząc jak inne dzieci sobie gryzą to i owo...

3. Obiad

Po powrocie ze szkoły, pora na największy posiłek dnia. Czyli obiad. W naszym domu zawsze się jadało tłusto; babcia z przyzwyczajenia smażyła kotlety na tak głębokim w olej sosie, że po położeniu na kartofle wszystko w owym sadle i kaloriach pływało. Anorektyczka - rzec jasna - od tłuszczu i kotletów uciekać musiała. Co jadłam zatem na obiad? Dwa suche ziemniaki gotowane z wody, posypane koperkiem - duża ilość by zabić burczenie w brzuchu - oraz polane sosem pomidorowym/koncentratem. Do tego standardowo woda lub herbatka pobudzająca jelitka.

4. Podwieczorek

Czas podwieczorku był to moment, gdy w brzuchu Leona burczało jak w kopalni węgla. Żołądek się buntował całodniową głodówką i chciał paliwa, coby jakoś funkcjonować. Ale oczywista Leonowi żal było jeść, więc zamiast kanapki słusznej, konsumował jedynie mało jabłko, żując cierpliwie każdy kawałek 15 razy.

5. Kolacja

Na kolację z kolei istna rozpusta nadchodziła, gdyż w nagrodę dla samej siebie za utrzymanie całodniowej diety, pozwalałam sobie na pół szklanki mleka z płatkami typu Corn Flakes. Rzecz jasna coś takiego nie wypełniła pustego żołądka należycie, dlatego dopełniałam trzewia dwiema szklankami wody.

Oprócz powyższej ścisłej diety dochodziły także paranoiczne ćwiczenia podczas każdej wolnej chwili.
A to przysiady, a to skłony, a to podskoki.

Nie powiem Wam dokładnie ile wynosił w tamtych czasach mój dzienny przychód kaloryczny, ale myślę, że kształtowało się to w granicach 500 kalorii... podczas gdy normalna pula wynosi ok. 2000.

Gdy sobie teraz pomyślę o diecie tamtych czasów to mi się robi słabo...
Jak można bowiem funkcjonować dzień cały o suchych ziemniakach, jabłku, płatkach i kromce chleba?

Kathy Leonia

sobota, 8 listopada 2014

529. Jak wygląda obecnie moja sylwetka?

Witajcie!

Dostaję od Was sporo pytań odnośnie tego, jak obecnie prezentuję się moja sylwetka.
Zapytania owe dotyczą one głównie tego, czy po przebytej hen lat temu anoreksji: Klik! wciąż jestem taka chuda czy - wręcz przeciwnie - przybrałam tu i ówdzie.

Z racji jednakowoż na to, że ciężko opisać wygląd swój wiarygodnie, stwierdziłam, iż po prostu się Wam zaprezentuję w tzw. słit foci do lusterka.

Zresztą możecie ocenić sami:





Myślę, że wyglądam normalnie, tj. szczupło.
Daleko mi do oszałamiającej chudości i z pewnością otłuszczona nie jestem.

Jedyne co jest niepokojące i może świadczyć o dawnej chorobie to fakt chudych jak badyle nóg.
Na powyższym zdjęciu widać wyraźnie, że nie mam prawie wcale przyjemnych okrągłości nożnych, tylko -zamiast nich - sterczące kości.

Próbowałam mnóstwa ćwiczeń wzmacniających mięśnie kończyn dolnych, ale nic to nie dało...
Nogi wyglądają mniej więcej tak samo jak 10 lat temu, kiedy zachorowałam na anoreksję.

Dlatego unikam noszenia obcisłych spodni czy krótkich sukienek, bo ludzie na ulicy zaczynają się zaraz gapić dziwnie.

Mam nadzieję, że owym postem rozwiałam wątpliwości niektrórych z Was dotyczące mego aktualnego wyglądu i tego, czy dycham jeszcze.

Kathy i Leon

PS. Post o aktualnej pielęgnacji ŁZS tworzy się.

sobota, 30 sierpnia 2014

460. Anoreksja - co mi zostało po 10 latach od choroby?

Witajcie!

Jak większość z Was wie na podstawie postu tego: Klik! , gdy byłam w wieku mniej więcej 14 lat, zapadłam na anoreksję.

Wszystko zaczęło się książkowo - ot młode dziewczę, trochę przy kości, wyśmiewane z powodu powolności i nieudolności postanawia być fit.
Przechodzi na dietę, mniej je, dużo ćwiczy, biega.

Kilogramy idą w dół, dziewczę wygląda coraz lepiej i zgrabniej, ale jest mu ciągle mało.

 Dochodzą głodówki, tabletki na przeczyszczenie, wyrzucanie jedzenia do kosza na śmieci/toalety.
Waga, dieta, jedzenie...
Wszystko łączy się w błędne koło, uniemożliwiające swobodne myślenie i egzystowanie.

Zaniepokojeni rodzice biorą dziewczę do lekarza, gdzie diagnoza jest oczywista.

Anoreksja, paranoja antyjedzeniowa, jadłowstręt.

Dziewczę ma do wyboru - ale wyschnie na wiór i odleci w siną dal jako proch, albo się ogarnie i weźmie za siebie.
Po ciężkiej walce z samą sobą wola życia i walki zwycięża.

Mija kilka, kilkanaście lat.
Choroba minęła, ale nie wygasa.

Co zostało mi z dawnych, głodowych czasów?

- wstręt do wagi/ważenia się. Nie mogę mieć w mieszkaniu sprzętu do pomiary masy ciała. W sklepach również przechodzę z dala od półek ze zdrowym stylem życia. Bo samo wspomnienie nałogowego ważenia boli,
- awersja do rozmów, pogawędek o odchudzaniu typu: "Kowalska się odchudza, Nowak się odchudza. A Ty , czemu nie gadasz z nami o dietach?" No szlak wtedy trafia na takie pogaduszki. Jak bym im wypaliła, że wszystkie diety świata tego miałam w jednym palcu i znałam na pamięć tabele kaloryczne, to by zaraz jedna z drugą zamknęła,
- słaby wzrok i arytmia serca. Nie dziwota, że od głodówek wszystko się psuje i rozpada. Jak miałam dobry wzrok w gimnazjum, tak potem się był zepsuł. Teraz mam -4,5 i to wcale nie jest przyjemne... Puls mam również nierówny, serce bije niewymiarowo. Ot uroki odchudzania,
- lęk przed powrotem choroby. To jest chyba najgorsze... Gdy mam doła, gdy mam kiepski humor - zjem sobie batonika, czekoladkę... A potem mam wyrzuty sumienia, że mi tyłek rośnie i znowu będę gruba jak dawniej.
- uraz do komentowania mojego wyglądu/sylwetki. "O Leonie, schudłaś? Przytyłaś? Lepiej wyglądasz?" Uwierzcie mi, nie ma nic gorszego niż gadka do byłej anorektyczki, że przytyła. Bo zawsze gdzieś w takiej anorektyczce, drzemie budzik ostrzegawczy, który może się obudzić pod wpływem takich słów...

Tak więc liczcie się ze słowami.
Niewinna czasem dyskusja/aluzja osobie przy kości może zmienić całe jej życie.

Tak jak to się stało w moim przypadku.
- Jaki ten Leon gruby - ktoś kiedyś rzekł.
-Gruba? Nigdy więcej! - powiedziałam sobie gdy miałam lat 14... i zachorowałam na anoreksję.


Kathy Leonia

niedziela, 17 marca 2013

72. Byłam anorektyczką - moja historia

Witajcie!

Dziś będzie post ciężki, post bardzo osobisty.
Post o strasznej chorobie, która dotknęła i mnie...

To nieprawda bowiem, że na anoreksję zapadają tylko osoby z kompleksem grubasa i niskiej wartości.
To także nie choroba jedynie rozpieszczonych jedynaków, pragnących zwrócić na siebie uwagę wiecznie zajętych rodziców.
Mogę potwierdzić na własnym przykładzie.
Zdziwieni?
Tak byłam anorektyczką…
 Choć od tych wydarzeń minęło prawie 10 lat, to jakaś nikła świadomość tego co było, wciąż tkwi w jestestwie mym gdzieś głęboko nadal…

XXX

Nigdy nie należałam do osób strasznie  puszystych. Miałam jedynie co najwyżej lekkie parę kilogramów za dużo, których to naddatków nigdy nie traktowałam jako coś ujemnego. Dobrze mi było we własnej skórze i w apetycie, który - skromnie mówiąc - mały nie był .
 
Wprawdzie czasami od niektórych ciotek i pociotek zdarzało mi się słyszeć coś niecoś o moim nadmiernym „tłuszczyku”, ale uwagi te przechodziły mi, prawdę mówiąc, koło nosa. Podobnie jak przytyki mamusi, co nie chciała by w niedługim czasie doszło do tego, że jej córeczka wyjadła całą lodówkę, i dyskretnie mówiła mi o powstrzymywaniu apetytu.
Koledzy i koleżanki w szkole także nie dawali mi nigdy wprost do sugestii, żem za bardzo przy kości. Jedynie przy wspólnych zabawach na wf i ćwiczeniach integracyjnych, Kathy Leonia była wybierana jako ostatnia i zawsze to jej się dostawało, że sknociła zagrywkę albo, że do piłki nie dobiegła w czas.
Wszystko się zmieniło, kiedy w edukacji szkolnej doszłam do klasy 6 podstawówki.
Zaczęłam zauważać swoją nadmierną puszystość w porównaniu z innymi koleżankami, które niespodziewanie jawiły mi się jako ideały.
To był pierwszy impuls do rozpoczęcia kuracji odchudzającej.
Drugim impulsem stało się przezwisko wymyślone przez moich kolegów z klasy, którzy, inteligentnie, zamiast mego imienia używali miłego określenia: ”Kachna grubachna”…

XXX

Jakie było ich zdziwienie, gdy po dwóch miesiącach z Kachny-grubachny stałam się Kachną-chudziachną.
Tak, to był pewien rodzaj samozaparcia, który przez ponad pół roku kazał mi stosować drakońskie diety,wymyślone przez mą skromną osobę.
Na śniadanie konsumowałam pół kromki chleba, podobnie jak na kolację. Na obiad z kolei uparcie jadłam dwa kartofle lub jedną chochelkę zupy.
Poza tym wszystkim ćwiczyłam intensywnie niezliczone przysiady, pompki, podskoki, wyrzuty etc.
Tabletki na przeczyszczenie i lepsza przemianę materii były również moim środkiem zapobiegawczym.
To było coś, nad czym miałam kontrolę, coś co było tylko i wyłącznie moje.
Nie oceny, nie dobre zachowanie, nie ciuchy.
Ale moja własna aparycja, moje utracone kilogramy, mój nowy wizerunek, kiedy to okrągłe policzki ustępują miejsca wystającym kościom policzkowym, a oponki z brzucha idą sobie hen hen daleko, wypierane przez płaskość.

Co na to rodzice?
Z początku cieszyli się, że ich córeczka zmienia swój jadłospis i zaczyna dbać o linię.
Jednak szybko to zadowolenie zmieniło się w przerażenie, gdy podczas kontrolnego ważenia w przychodni okazało się, że Kathy Leonia z 53 kilo przy wzroście 157 waży nagle 42 kilo i ciągle odmawia spożywania swoich porcji z dawnym apetytem i chęcią.
Posiłki stały się dla mnie istną męką. Nie cierpiałam rodzinnych obiadów, ani wypadów ze znajomymi na pizzę czy na frytki. Wszyscy zamawiali tuczące smakołyki, a Kathy Leonia dłubała widelcem w najmniej kalorycznej sałatce.
Skąd wiedziałam że to najmniej kaloryczne? A bo tablice z kaloriami znałam niemal na pamięć. Wystarczyło jedynie dodawać określone produkty do siebie i każde danie miało się idealnie wyliczone.

XXX

Nie wiem dokładnie, co było by ze mną i moją pasją odchudzania, gdyby nie pewna doktor.
Po kolejnej kontrolnej wizycie, kiedy to się okazało że moja waga spadła znowu  i wynosiła 38 kilogramów a mama wpadła w niemal w czarną rozpacz, pani doktor poprosiła mnie o chwilę rozmowy sam na sam.
W sumie wszystko było mi jedno.
Mamy błagania, taty groźby, babci płacze, znajomych zmartwienia, pani wychowawczyni dziwne pytania, czy dobrze się czuję - nie dawały skutku.
Dopiero ta babska rozmowa z lekarką.
Nie wiedziałam, że to będzie przełom w tej mojej paranoi odchudzania.
Uświadomiła mnie że to tylko ja sama mogę sobie pomóc, że to nie jest choroba mojej rodziny ale moja.
I jeśli chce się doprowadzić do ruiny to powinnam mieć tego świadomość, że właśnie to robię.

XXX

Wróciłam po tej rozmowie do domu, usiadłam w kuchni i zobaczyłam kotlety na stole stojące.
Wielkie, kaloryczne, robione przez moją babcię.
Mając na uwadze słowa lekarki przemogłam się.
Po raz pierwszy od pół roku zjadłam coś co miało więcej niż 100 kalorii za jednym razem.
Skończyłam z koszmarem odchudzania.
Wróciłam do normy.
Co prawda sidło anoreksji nadal czasami zataczało koło mnie swoje zabójcze kręgi i miałam parę nawrotów, ale już nigdy tak jak za pierwszym razem.

XXX

Jednak pewne rzeczy z tej choroby pozostaną mi na zawsze.
Chude ręce i nogi, pogorszony wzrok, szybkie męczenie się.
Czy boję się ponownego nawrotu?
Teraz już nie, choć wiem, że anorektyczką w umyśle pozostaje się całe życie..
Od ponad 8 lat moja waga stoi na szczęście w miejscu.
51 kilo, 164 wzrostu.
I niech tak zostanie.

XXX

Miałam szczęście że udało mi się z tego wyjść.
Ile osób na świecie tego szczęścia nie ma i choroba je niszczy do końca…
Gdyby nie tamta rozmowa z lekarką nie wiem co by się ze mną działo teraz.
Może nie mielibyście po prostu okazji poznać mego radosnego pisania i mej skromnej osoby tu na łamach tego bloga…

Kathy Leonia


PS.2 Obrona jednak we wtorek.
Mam dwa dni na naukę.
Będzie bowiem zastępstwo za promotorkę.

Walmart

hx caps

www.uusoccer.ru