Witajcie!
Dnia wczorajszego Leon uczestniczył w imprezie.
Powiecie pewnie jeden z drugim, hm cóż w tym dziwnego, w końcu sobota jest dniem - jakby nie patrzeć - służącym do tegoż typu rozrywek i każdy szanujący się człek wtedy szaleje tu i ówdzie.
Owym miejscem do wygłupów i swawoli być może parkiet klubowy, zaciszny park ustronny czy też domowe kąty.
Posiedzenie towarzyskie leonowe było jednakże z kategorii tych dziwnych i niezrozumiałych dla większości społeczeństwa.
Mianowicie miałam zaszczyt być na biesiadzie informatycznej.
Czym się powyższa różni od przeciętnej hulanki?
A tym, że przez 10 godzin, miast żłopać namiętnie trunki i tańcować razem z tłumem spoconych w amoku pijackich ziomów, ziomali, otoczonym jest się przez bandę rozentuzjazmowanych miłośników techniki i gier, którzy poza monitorem komputera nie widzę dosłownie nic.
Dom może spłonąć, sąsiad zjeść sąsiada, kot się okocić, a mucha zabzyczeć na śmierć.
Grającego informatyka nie ruszy zgoła nawet trzęsienie ziemi...
Co zatem robi niewiasta w takim oto gronie szalonych sieciowców?
Ano z zapałem towarzyszy chłopu pokręconemu informatycznie i wspiera go podczas każdego ataku krwiożerczego zombiaka, czającego się w roku ekranu laptopa...
Owemu wspieraniu i kibicowaniu towarzyszyły często pociągane z kieliszka łyczki pysznego, domowego wina, które jakoś Leona trzymało przy życiu.
Bez tegoż trunku doprawdy nie wiem, jakbym zniosła te długie godziny zabójczych krzyków, niebezpiecznych strzałów i głośnych gróźb w stylu: "Zaraz padniesz gnido!".
A jakiego bzika mają Wasze chłopy?
Kathy
Strony
GOOGLE TRANSLATOR - SELECT LANGUAGE
Oświadczenie
Nie wyrażam zgody na kopiowanie moich słów ani zdjęć. Jeśli chcesz jakieś z nich wstawić u siebie na blogu - zapytaj. Uszanuj czyjąś pracę - czytaj, komentuj, zadawaj pytania, ale nie kradnij!
Mój stary blog - Karia18
Szukaj na tym blogu
Bielenda
zdrowie
niedziela, 19 kwietnia 2015
sobota, 18 kwietnia 2015
687. Recenzja: Isana Body Creme Granatapfel & Feige krem do ciała z owocem granatu i figą
Witajcie!
Dziś się pomaziamy i pomiziamy po ciele.
Będę mówić o specyfiku z Isany znanym po nazwą: Isana Body Creme Granatapfel & Feige krem do ciała z owocem granatu i figą
Słowo od producenta: "Z pantenolem i masłem shea. Komfortowa pielęgnacja skóry suchej.
Działanie pielęgnacyjne: Isana krem do ciała Owoc Granatu i Figa został specjalnie opracowany do pielęgnacji skóry suchej. Bardzo skutecznie działający pantenol pomaga utrzymać równowagę wilgotności skóry i w ten sposób chroni ją przed wysuszeniem. Ekstrakt z owocu granatu wzmacnia to działanie i zapobiega przedwczesnemu starzeniu się skóry. Specjalna formuła pielęgnacyjna zawierający pełny witamin ekstrakt z figi i bogate w składniki masło shea rozpieszcza skórę, a łagodny zapach kremu uwodzi zmysły. Krem do ciała dobrze się rozprowadza i szybko się wchłania, nie pozostawiając klejącej warstwy na skórze. Bez olejów mineralnych, silikonów i parabenów."
Skład: Klik!
Specyfik w butli:
Obietnice producenta:
Na dłoni:
Szczegóły:
Cena i dostępność: specyfik swój ucapiłam w Rossmanie na promocji, gdzie dałam za niego ok. 6 zł. Normalna cena to 10 zł.
Zapach: słodki, delikatny, owocowy.
Konsystencja: pachnący krem do ciała nawilżania.
Opakowanie i pojemność: butla plastikowa, w tonacji czerwono-białej z czarnymi obietnicami producenta. Pojemność: 500 ml
Wydajność: genialna. Produkt używałam ponad trzy miesiące i nie dobiłam nawet do połowy...
Działanie: sympatyczne. Od mazidła w typie kremowym oczekuję przede wszystkim dobrego nawilżenia, wydajności i uniwersalności. Zwykłam bowiem smarować się jednym preparatem od stóp do szyi - tu wtrącę dla ciekawskich, że jedynie głowa i facjata mają swe specyfiki - więc bez sensu jest dla mnie wydawać kasę na specjały do stóp, nóg, rąk czy karku. Produkt z Isany spełnia moje oczekiwania pod kątem zarówno dobrego odżywienia, jak i użyteczności wszelakiej. Krem ma fajną, lejącą się konsystencję, która szybko się wchłania, nie pozostając lepkiej poświaty. Naskórek jest nawilżony, zadowolony i ładnie pachnący owocami. Efekt tzw. pielęgnacji nie jest niestety długotrwały, bo utrzymuje się jedynie ok. 3 godzin, po którym to czasie trzeba powtarzać kremikowanie się, szczególnie na dłoniach. Nie jest jednak to czynność przyprawiająca człeka o palpitacje trzewi, gdyż aplikacja i zapach specyfiku radują duszę i serce. Produkt nie uczula, nie zapycha, nie powoduje wysypu pryszczy grudkowych. Wspomnę także, że mazidło jest wydajne, tanie i łatwo dostępne. Jeśli szukacie więc czegoś dla niewymagającego specjalnych traktowań naskórka - polecam. Z chęcią wypróbuję jeszcze na sobie wersję kakaową owego kremu isanowskiego.
Ocena: 4/5
Miałyście?
Kathy i Leon
Dziś się pomaziamy i pomiziamy po ciele.
Będę mówić o specyfiku z Isany znanym po nazwą: Isana Body Creme Granatapfel & Feige krem do ciała z owocem granatu i figą
Słowo od producenta: "Z pantenolem i masłem shea. Komfortowa pielęgnacja skóry suchej.
Działanie pielęgnacyjne: Isana krem do ciała Owoc Granatu i Figa został specjalnie opracowany do pielęgnacji skóry suchej. Bardzo skutecznie działający pantenol pomaga utrzymać równowagę wilgotności skóry i w ten sposób chroni ją przed wysuszeniem. Ekstrakt z owocu granatu wzmacnia to działanie i zapobiega przedwczesnemu starzeniu się skóry. Specjalna formuła pielęgnacyjna zawierający pełny witamin ekstrakt z figi i bogate w składniki masło shea rozpieszcza skórę, a łagodny zapach kremu uwodzi zmysły. Krem do ciała dobrze się rozprowadza i szybko się wchłania, nie pozostawiając klejącej warstwy na skórze. Bez olejów mineralnych, silikonów i parabenów."
Skład: Klik!
Specyfik w butli:
Obietnice producenta:
Szczegóły:
Cena i dostępność: specyfik swój ucapiłam w Rossmanie na promocji, gdzie dałam za niego ok. 6 zł. Normalna cena to 10 zł.
Zapach: słodki, delikatny, owocowy.
Konsystencja: pachnący krem do ciała nawilżania.
Opakowanie i pojemność: butla plastikowa, w tonacji czerwono-białej z czarnymi obietnicami producenta. Pojemność: 500 ml
Wydajność: genialna. Produkt używałam ponad trzy miesiące i nie dobiłam nawet do połowy...
Działanie: sympatyczne. Od mazidła w typie kremowym oczekuję przede wszystkim dobrego nawilżenia, wydajności i uniwersalności. Zwykłam bowiem smarować się jednym preparatem od stóp do szyi - tu wtrącę dla ciekawskich, że jedynie głowa i facjata mają swe specyfiki - więc bez sensu jest dla mnie wydawać kasę na specjały do stóp, nóg, rąk czy karku. Produkt z Isany spełnia moje oczekiwania pod kątem zarówno dobrego odżywienia, jak i użyteczności wszelakiej. Krem ma fajną, lejącą się konsystencję, która szybko się wchłania, nie pozostając lepkiej poświaty. Naskórek jest nawilżony, zadowolony i ładnie pachnący owocami. Efekt tzw. pielęgnacji nie jest niestety długotrwały, bo utrzymuje się jedynie ok. 3 godzin, po którym to czasie trzeba powtarzać kremikowanie się, szczególnie na dłoniach. Nie jest jednak to czynność przyprawiająca człeka o palpitacje trzewi, gdyż aplikacja i zapach specyfiku radują duszę i serce. Produkt nie uczula, nie zapycha, nie powoduje wysypu pryszczy grudkowych. Wspomnę także, że mazidło jest wydajne, tanie i łatwo dostępne. Jeśli szukacie więc czegoś dla niewymagającego specjalnych traktowań naskórka - polecam. Z chęcią wypróbuję jeszcze na sobie wersję kakaową owego kremu isanowskiego.
Ocena: 4/5
Miałyście?
Kathy i Leon
piątek, 17 kwietnia 2015
686. Recenzja: Labell szampon przeciwłupieżowy regeneracja
Witajcie!
Pozostajemy w tematyce włosowej.
Dziś porozmawiamy sobie o szamponidle przeciwłupieżowym z firmy Labell.
Obietnice producenta: "Specjalnie opracowana pielęgnująca formuła szamponu zawiera Zinc Pyrithione, aktywny składnik o działaniu przeciwłupieżowym. Wzbogacona prowitaminą B5 (D-pantenolem), która nadaje włosom zdrowy i lśniący wygląd. Specjalnie dobrane substancje delikatne oczyszczają i pielęgnują włosy podczas ich mycia."
Specyfik w butli:
Obietnice producenta i skład:
Na dłoni:
Szczegóły:
Cena i dostępność: specyfik ten dorwałam w Intermarche, gdzie dałam za niego ok. 10 zł.
Zapach: słodki, delikatny, pudrowy.
Konsystencja: szamponidło do mycia się tu i tam.
Opakowanie i pojemność: tubka plastikowa, w tonacji biało-szaro-fioletowej. Pojemność: 400 g.
Wydajność: bardzo dobra. Specyfik spokojnie starczy na jakieś pół roku mycia włosów metodą pojemniczkową: Klik!.
Działanie: przyjemne. Zacznę może jednakże od tego, że miałam pewne obawy przy rozpieczętowaniu owej butelki i rozpoczęciu jej użytkowania. Firma Labell bowiem nie jest znaną marką w kwestii pielęgnacji włosów, a tym bardziej jeśli mamy na myśli kudły z problemami, czyt. łupież vel łuska vel ŁZS. Nie wiedziałam, czy produkt przypasuje mojemu wybrednemu skalpowi, czy czasem nie zaogni sytuacji na łepetynie... Na szczęście nic takiego się nie zadziało. Specyfik z Intermarche spisał się naprawdę zacnie, jeśli chodzi o pielęgnację włosisków mych. Jako szampon tzw. zapobiegawczy do mycia - patrz w linka przy wydajności odnośnie metody pojemniczkowej mycia kłaków - uwalniał głowę Leona od łupieżu, świądu i chęci drapania się. Skóra pozostawała oczyszczona, zadowolona i szczęśliwa brakiem białych płatków. Produkt nie podrażnił, nie wywołał emigracji cebulek włosowych, nie uczulił. ŁZS zostało ładnie opanowane, łuska - po części - zniknęła, a Leon może skakać z radości, że miał oko do mazidła. Warto wspomnieć, że produkt ładnie pachnie, dobrze się pieni i daje uczucie prawdziwego orzeźwienia łepetyny. Jeśli do tego dodać taniość, wydajność i łatwą dostępność szamponu Labell - można rzec tylko "ochy" i "achy" w zachwycie! Polecam wszystkim łupieżowym głowom ów produkt.
Ocena: 5/5
Miałyście?
Kathy i Leon
Pozostajemy w tematyce włosowej.
Dziś porozmawiamy sobie o szamponidle przeciwłupieżowym z firmy Labell.
Obietnice producenta: "Specjalnie opracowana pielęgnująca formuła szamponu zawiera Zinc Pyrithione, aktywny składnik o działaniu przeciwłupieżowym. Wzbogacona prowitaminą B5 (D-pantenolem), która nadaje włosom zdrowy i lśniący wygląd. Specjalnie dobrane substancje delikatne oczyszczają i pielęgnują włosy podczas ich mycia."
Specyfik w butli:
Obietnice producenta i skład:
Na dłoni:
Szczegóły:
Cena i dostępność: specyfik ten dorwałam w Intermarche, gdzie dałam za niego ok. 10 zł.
Zapach: słodki, delikatny, pudrowy.
Konsystencja: szamponidło do mycia się tu i tam.
Opakowanie i pojemność: tubka plastikowa, w tonacji biało-szaro-fioletowej. Pojemność: 400 g.
Wydajność: bardzo dobra. Specyfik spokojnie starczy na jakieś pół roku mycia włosów metodą pojemniczkową: Klik!.
Działanie: przyjemne. Zacznę może jednakże od tego, że miałam pewne obawy przy rozpieczętowaniu owej butelki i rozpoczęciu jej użytkowania. Firma Labell bowiem nie jest znaną marką w kwestii pielęgnacji włosów, a tym bardziej jeśli mamy na myśli kudły z problemami, czyt. łupież vel łuska vel ŁZS. Nie wiedziałam, czy produkt przypasuje mojemu wybrednemu skalpowi, czy czasem nie zaogni sytuacji na łepetynie... Na szczęście nic takiego się nie zadziało. Specyfik z Intermarche spisał się naprawdę zacnie, jeśli chodzi o pielęgnację włosisków mych. Jako szampon tzw. zapobiegawczy do mycia - patrz w linka przy wydajności odnośnie metody pojemniczkowej mycia kłaków - uwalniał głowę Leona od łupieżu, świądu i chęci drapania się. Skóra pozostawała oczyszczona, zadowolona i szczęśliwa brakiem białych płatków. Produkt nie podrażnił, nie wywołał emigracji cebulek włosowych, nie uczulił. ŁZS zostało ładnie opanowane, łuska - po części - zniknęła, a Leon może skakać z radości, że miał oko do mazidła. Warto wspomnieć, że produkt ładnie pachnie, dobrze się pieni i daje uczucie prawdziwego orzeźwienia łepetyny. Jeśli do tego dodać taniość, wydajność i łatwą dostępność szamponu Labell - można rzec tylko "ochy" i "achy" w zachwycie! Polecam wszystkim łupieżowym głowom ów produkt.
Ocena: 5/5
Miałyście?
Kathy i Leon
czwartek, 16 kwietnia 2015
685. Włosowa aktualizacja - kwiecień 2015 r.
Witajcie!
Dziś pogadamy sobie o włosach w kwietniu.
Na samym wstępie rzeknę, że nie jestem zadowolona z kudłów w tym miesiącu.
O ile marzec był dla nich łaskawy - czyt. nie były podobne do stosu siana letnią porą - tak teraz się puszą i strąkują masakrycznie.
W wyniku powyższego włosiska nie nadają się do rozpuszczania i noszę zwykle związane w warkocza francuskiego, który mi zacnie definiuje fale.
Wypadanie nieznacznie się zwiększyło, pewnie przez wiosenne przesilenie, ale nadal jest w granicach normy (ok. 40 sztuk dziennie).
Dla porównania tak było w marcu:
Tak w kwietniu:
Dane poglądowe:
Długość: ok. 65 cm
Skręt: wywijas warkoczowy
Kolor: blondo-rudo-coś.
Stan: walczę z ŁZS...
Grubość: ok. 7 cm
Częstotliwość mycia: co 2/3 dni myję
Olejowanie: co drugie mycie
Produkty używane w marcu i w lutym: Klik!
A jak Wasze kłaki?
Kathy i Leon
Dziś pogadamy sobie o włosach w kwietniu.
Na samym wstępie rzeknę, że nie jestem zadowolona z kudłów w tym miesiącu.
O ile marzec był dla nich łaskawy - czyt. nie były podobne do stosu siana letnią porą - tak teraz się puszą i strąkują masakrycznie.
W wyniku powyższego włosiska nie nadają się do rozpuszczania i noszę zwykle związane w warkocza francuskiego, który mi zacnie definiuje fale.
Wypadanie nieznacznie się zwiększyło, pewnie przez wiosenne przesilenie, ale nadal jest w granicach normy (ok. 40 sztuk dziennie).
Dla porównania tak było w marcu:
Tak w kwietniu:
Dane poglądowe:
Długość: ok. 65 cm
Skręt: wywijas warkoczowy
Kolor: blondo-rudo-coś.
Stan: walczę z ŁZS...
Grubość: ok. 7 cm
Częstotliwość mycia: co 2/3 dni myję
Olejowanie: co drugie mycie
Produkty używane w marcu i w lutym: Klik!
A jak Wasze kłaki?
Kathy i Leon
środa, 15 kwietnia 2015
684. O lakierze, który odbarwił mi paznokcie, czyli uwaga na Bell...
Witajcie!
Dziś nie będzie zachwytów ani okrzyków radości na żadne mazidle kosmetyczne...
Dziś posypią się wyzwiska i łzy rozpaczy odnośnie produktu, który zrobił krzywdę leonowym pazurom.
Oto jak nieszczęśliwie teraz wyglądają:
Wszystkiemu winny ten oto uroczo wyglądający cwaniaczek od Bell:
Kupiłam go w Biedronce jakiś czas temu i używałam namiętnie na odnóża dolne w okresie letnim, gdyż odkryte palce wyzierające z sandałków, prezentowały się z nim naprawdę zacnie.
Ślicznie się skrzył w słońcu, utrzymywał się długo, wysychał szybko i co najważniejsze - nie odbarwiał mi płytki!
Na dłonie nie używałam go jakoś chętnie, bo nie lubię takich mocnych barw manicurowych i zwykle zadowalam się delikatnymi, różowawymi tonami.
Nie mniej jednak, gapiąc się któregoś razu beznamiętnie na me zbiory lakierowe, coś Leona podkusiło, by dać temu oto ziomkowi z Bell szansę i łapy weń przyozdobić.
Z początku było nawet znośnie i powoli zaczynałam się przekonywać do tego odcienia, jednakże cała aprobata zniknęła, gdy zobaczyłam stan paznokci po zmyciu lakieru...
Żółte, odbarwione, z nierówną powierzchnią, wysuszone, wołające o pomstę do nieba.
Chwila zemsty oczywista już nastała, gdyż lakier - wśród przekleństw i pomstowań - wylądował w koszu.
Szkoda tylko, że ów gest mściwy nie polepszył stanu szponów.
Będę musiała je dobrze ożywić pestkami dyni od wewnątrz i nawilżyć kremidłami od zewnątrz, aby wróciły do stanu normalności...
Miałyście podobną perypetię?
Kathy i Leon
Dziś nie będzie zachwytów ani okrzyków radości na żadne mazidle kosmetyczne...
Dziś posypią się wyzwiska i łzy rozpaczy odnośnie produktu, który zrobił krzywdę leonowym pazurom.
Oto jak nieszczęśliwie teraz wyglądają:
Wszystkiemu winny ten oto uroczo wyglądający cwaniaczek od Bell:
| lakier Bell, seria: Air Flow, ok. 4 zł, Biedronka |
Kupiłam go w Biedronce jakiś czas temu i używałam namiętnie na odnóża dolne w okresie letnim, gdyż odkryte palce wyzierające z sandałków, prezentowały się z nim naprawdę zacnie.
Ślicznie się skrzył w słońcu, utrzymywał się długo, wysychał szybko i co najważniejsze - nie odbarwiał mi płytki!
Na dłonie nie używałam go jakoś chętnie, bo nie lubię takich mocnych barw manicurowych i zwykle zadowalam się delikatnymi, różowawymi tonami.
Nie mniej jednak, gapiąc się któregoś razu beznamiętnie na me zbiory lakierowe, coś Leona podkusiło, by dać temu oto ziomkowi z Bell szansę i łapy weń przyozdobić.
Z początku było nawet znośnie i powoli zaczynałam się przekonywać do tego odcienia, jednakże cała aprobata zniknęła, gdy zobaczyłam stan paznokci po zmyciu lakieru...
Żółte, odbarwione, z nierówną powierzchnią, wysuszone, wołające o pomstę do nieba.
Chwila zemsty oczywista już nastała, gdyż lakier - wśród przekleństw i pomstowań - wylądował w koszu.
Szkoda tylko, że ów gest mściwy nie polepszył stanu szponów.
Będę musiała je dobrze ożywić pestkami dyni od wewnątrz i nawilżyć kremidłami od zewnątrz, aby wróciły do stanu normalności...
Miałyście podobną perypetię?
Kathy i Leon
Subskrybuj:
Posty (Atom)


