Witajcie!
Postanowiłam podzielić się z Wami pewną jakże romantyczną historią z mego życia wziętą, która pewnie niejedną personę wprawić może w palpitację serca.
Na samym początku zaznaczę, że swojego czasu lubowałam się wielce w polowaniu na Mężczyzny Życia Mojego przez Internet.
Czemu miłość z sieci?
Zaraz spieszę z wyjaśnieniami: otóż przez wzgląd na babski kierunek moich studiów (FP) i niezbyt przystojnych kolegów mych koleżanek nie miałam w sumie innego wyboru.
I tak oto założyłam konto na pewnym portalu internetowym.
Niniejsza historia wydarzyła się w niedługim czasie po tym, jak założyłam konto na owym portalu.
Z początku nie ogarniałam jeszcze tych wszystkich funkcji wyszukiwania potencjalnego partnera życiowego np. po wzroście, wieku, koloru oczu i wykształceniu; raczej biernie przeglądałam pierwsze lepsze profile męskie i zastanawiałam się w duszy jaki jest ten czy tamten pan na żywo.
Nie spieszyłam się jednak z rozpoczynaniem konwersacji, bowiem – święcie przekonana – liczyłam, iż ów Jedyny, Wymarzony, sam znajdzie drogę do mnie, a konkretnie do profilu mego.
Dostawałam wiele różnych wiadomości, najczęściej o treści „ Siemka laska, brykniesz ze mną na miasto?” Rzecz jasna taki powalający poziom inteligencji nie przemawiał do mnie i tego typu podobne maile ignorowałam.
Aż tu jednego dnia, otrzymałam pewną interesującą wiadomość .
Otóż pewien Pan – ok. 5 lat starszy ode mnie, wzrost 185, szczupłej budowy, wykształcony – napisał do mnie w całkiem poprawnej polszczyźnie, dopytując się o me zainteresowania górskie, perfumeryjne pasje, a także o pasjonujące studia humanistyczne.
Nie powiem; brzmiało to inteligentnie a ponadto wyglądał na zdjęciu całkiem uroczo.
Oto mój Romeo się zjawił!
Po przegadaniu z nim kliku dni za pomocą maili a następnie za pośrednictwem komunikatora, nastał czas na spotkanie oko w oko.
Umówiliśmy się w centrum miasta mego, na kawę i pogawędki o sensie życia.
Znakiem rozpoznawczym miała być biała róża.
Warto podkreślić w tym miejscu, iż nie zezwoliłam na wcześniejszą wymianę telefonów, ot względy bezpieczeństwa jakieś muszą być zachowane.
Dzierżąc zatem biały kwiat w ręku przybyłam pierwsza na meeting.
I czekałam.
Minęło pięć minut, potem dziesięć.
I nic.
Cóż, czyżby Romeo się rozmyślił?
W końcu zmartwiona i zła już miałam wyruszać czym prędzej w drogę powrotną, gdy wtem usłyszałam dobiegające do mych uszu piskliwe: „Kasiu Kasiu, poczekaj, Twój książę przybywa!”
Odwróciłam się powoli zszokowana i oczom nie wierzę.
Stało przede mną jakieś młodociane chłopię z białą różą, na dodatek z połamanymi listkami.
Niższy ode mnie o jakieś pół głowy, trądzik na twarzy, kolczyk w nosie i w uchu.
Brzuszek pokaźnej objętości wylewał mu się zza spodni, paznokcie brudne i obgryzione a w oczach zezik.
I to ma być mój Romeo?
Moje zaskoczenie było tak wielkie, że aż zabrakło mi słów na niecenzuralne okrzyki odnośnie oszustwa zdjęciowego, wiekowego i tym podobne.
Amant mój – jednakowoż niezrażony wcale moim stanem ducha – radośnie usiłował wcisnąć mi różę do ręki, mówiąc z uroczym seplenieniem: „No co, nie miałem swego ładnego zdjęcia to wstawiłem brata. I nieśmiały strasznie jestem, więc brat mi Ciebie wyrwał.
A on zna się na kobietach jak nikt, bo jest w końcu gejem…
Ale mam nadzieję, że się nie gniewasz?
Jestem troszkę młodszy od Ciebie, ale to chyba nie problem, nie?”
Jak tylko dotarło do mnie, co ów szczylek powiedział - zbaraniałam.
I żeby wyjść z tej całej chorej sytuacji z resztą honoru, rąbnęłam mego niedoszłego amanta różą po ramieniu, odwróciłam się na pięcie, i jak najszybciej opuściłam teren galerii handlowej.
Oddalając się, słyszałam jeszcze długo protestujące piskliwe okrzyki: „Ale co się stało???”
Rzecz jasna powyższa historia to tylko jedna z wielu moich przeżyć randkowych.
Jeśli będziecie chciały, mogę co jakiś czas takie telenowele sercowe zamieszczać.
Kathy Leonia
PS. Post automatyczny podobnie jak i jutrzejszy.
Jestem w chatce na zadupiu.
Wrócę jutro lub pojutrze.
PS2. Oryginalna historia randkowa pochodzi z mojego drugiego bloga czyli starej, dobrej Karii18:
Klik!