Witajcie!
Jak już większość z Was pamięta, Leon postanowił oszczędzać grosiwa i od marca trzyma się skrzętnie planu minimalistycznego wydawania pieniążków.
Tak było w podsumowaniu ubiegłego miesiąca: Klik!
Dziś z kolei czas na podliczenie kwietnia.
Ogólnie nie jest źle, choć zawsze mogłoby być lepiej.
Trochę więcej wydatków poczyniłam na cele gospodarczo-domowe.
Kilka razy także zdarzyło mi się konsumować na mieście i kupić parę duperelków.
Nie mniej jednak koniec dumania.
Pora na fakty:
100 zł - cztero- lub -pięciokrotne posiłki na mieście
25 zł - raz kino
400 zł - zakupy żywieniowe do domu
200 zł - zakupy niezbędne typu soczewki, środki higieny
W ogólnym więc rozrachunku wydałam mniej więcej 800 zł na kwestie naprawdę potrzebne do życia.
Jak to będzie natomiast w obecnym miesiącu?
Cóż.
W maju - początkowo - miałam również tradycję oszczędnościową kontynuować, ale już teraz wiem, że będę musiała na zakupy się wybrać.
I to nie raz, ale przynajmniej ze trzy razy...
Zobaczymy jednakowoż jak to wyjdzie na koniec miesiąca, gdyż mam zamiar takie podsumy prowadzić regularnie.
Jest to bowiem niezbędne, aby ogarnąć się pod kątem szastania kasy w te i we te...
A u Was jak wydatki kwietniowe wyglądały?
Kathy Leonia
Strony
GOOGLE TRANSLATOR - SELECT LANGUAGE
Oświadczenie
Nie wyrażam zgody na kopiowanie moich słów ani zdjęć. Jeśli chcesz jakieś z nich wstawić u siebie na blogu - zapytaj. Uszanuj czyjąś pracę - czytaj, komentuj, zadawaj pytania, ale nie kradnij!
Mój stary blog - Karia18
Szukaj na tym blogu
Bielenda
zdrowie
wtorek, 5 maja 2015
poniedziałek, 4 maja 2015
703. Recenzja: Verona Ingrid Love Story Mascara Volume & Long tusz do rzęs
Witajcie!
Dziś będzie o rzęsach mazianiu.
Skupię się na maskarze z Verony z serii: Ingrid znanej jako Love Story Mascara Volume & Long.
Słowo od producenta: "Ultraczarna maskara Love Story dzięki unikalnej formule zawierającej specjalistyczne składniki gwarantuje rzęsom ekstremalną długość i maksymalną objętość. Specjalnie zaprojektowana szczoteczka pozwala na precyzyjne pokrycie rzęs, doskonale je rozdziela, zapewniając dodatkowo efekt perfekcyjnego uniesienia."
Skład: nie ma składu...
Mazidło w opakowaniu:
Zbliżenia:
Szczota dalej:
Szczota bliżej:
Oko gołe:
Oko z dwiema warstwami tuszu:
Szczegóły:
Cena i dostępność: specyfik ten ucapiłam w Intermarche i dałam bodajże 12 zł.
Zapach: tuszowy.
Konsystencja: czarna maź na rzęsiska.
Opakowanie i pojemność: pojemnik podłużny w srebrzystej, eleganckiej tonacji, ozdobiony czarnymi floresami w serduszka i linie.Pojemność: 7 ml.
Wydajność: bardzo dobra. Specyfik spokojnie starczy na ponad pół roku używania.
Działanie: zacne. Zacznę może od tego, że zakup powyższego mazidła był czysto spontaniczny. Ot, wybierając się na którąś tam zimową imprezę, w trakcie już drogi na tramwaj, olśniło mnie, że przecież nie wytuszowałam się z wrażenia! Podkład był, puder był, pomadka też, ale rzęsy gołe. Zgroza! Tak być nie może. Jak ja chłopa oczaruję? Poleciałam więc w te pędy do pobliskiego marketu Intermarche i na chybił-trafił, wybrałam ten oto czarny sprzęt malunkowy. I powiem Wam, że gdy tylko pierwszy raz - w tramwaju notabene - pomalowałam nim rzęsy, zakochałam się. Produkt z Verony spełnia bowiem wszelakie obietnice mazidła czarnego idealnego. Przede wszystkim, świetnie pogrubia i definiuje rzęsy; włoski są czarne jak noc, wydłużone i takie kuszące. Dzięki temu spojrzenie nabiera głębi, gałka oczka jest otwarta, a sama baba czuje się jak milion dolców. Warto dodać, że niewątpliwym sekretem maskary jest jej szczota - skądinąd bardzo podobna do mego ulubione Loreal Telescopic: Klik! - która rozstawionymi silikonowymi ząbkami chwyta każdą rzęsę z osobna. Żaden włosek jej nie umknie! Produkt trzyma się ponadto w ryzach cały dzień, nie osypuje się, nie "panduje". Wspomnę również, że tusz z Verony jest delikatny dla nawet wrażliwych oczu! Wyrób mazidłowy jest także wydajny, tani i stosunkowo łatwo dostępny. Nawet po pół roku używania specyfik jest dalej mokry i gotowy do działania! Jeśli jeszcze nie miałyście tego cuda, to polecam!
Ocena: 5/5
Miałyście?
Kathy i Leon
Dziś będzie o rzęsach mazianiu.
Skupię się na maskarze z Verony z serii: Ingrid znanej jako Love Story Mascara Volume & Long.
Słowo od producenta: "Ultraczarna maskara Love Story dzięki unikalnej formule zawierającej specjalistyczne składniki gwarantuje rzęsom ekstremalną długość i maksymalną objętość. Specjalnie zaprojektowana szczoteczka pozwala na precyzyjne pokrycie rzęs, doskonale je rozdziela, zapewniając dodatkowo efekt perfekcyjnego uniesienia."
Skład: nie ma składu...
Mazidło w opakowaniu:
Zbliżenia:
Szczota dalej:
Szczota bliżej:
Oko gołe:
Oko z dwiema warstwami tuszu:
Szczegóły:
Cena i dostępność: specyfik ten ucapiłam w Intermarche i dałam bodajże 12 zł.
Zapach: tuszowy.
Konsystencja: czarna maź na rzęsiska.
Opakowanie i pojemność: pojemnik podłużny w srebrzystej, eleganckiej tonacji, ozdobiony czarnymi floresami w serduszka i linie.Pojemność: 7 ml.
Wydajność: bardzo dobra. Specyfik spokojnie starczy na ponad pół roku używania.
Działanie: zacne. Zacznę może od tego, że zakup powyższego mazidła był czysto spontaniczny. Ot, wybierając się na którąś tam zimową imprezę, w trakcie już drogi na tramwaj, olśniło mnie, że przecież nie wytuszowałam się z wrażenia! Podkład był, puder był, pomadka też, ale rzęsy gołe. Zgroza! Tak być nie może. Jak ja chłopa oczaruję? Poleciałam więc w te pędy do pobliskiego marketu Intermarche i na chybił-trafił, wybrałam ten oto czarny sprzęt malunkowy. I powiem Wam, że gdy tylko pierwszy raz - w tramwaju notabene - pomalowałam nim rzęsy, zakochałam się. Produkt z Verony spełnia bowiem wszelakie obietnice mazidła czarnego idealnego. Przede wszystkim, świetnie pogrubia i definiuje rzęsy; włoski są czarne jak noc, wydłużone i takie kuszące. Dzięki temu spojrzenie nabiera głębi, gałka oczka jest otwarta, a sama baba czuje się jak milion dolców. Warto dodać, że niewątpliwym sekretem maskary jest jej szczota - skądinąd bardzo podobna do mego ulubione Loreal Telescopic: Klik! - która rozstawionymi silikonowymi ząbkami chwyta każdą rzęsę z osobna. Żaden włosek jej nie umknie! Produkt trzyma się ponadto w ryzach cały dzień, nie osypuje się, nie "panduje". Wspomnę również, że tusz z Verony jest delikatny dla nawet wrażliwych oczu! Wyrób mazidłowy jest także wydajny, tani i stosunkowo łatwo dostępny. Nawet po pół roku używania specyfik jest dalej mokry i gotowy do działania! Jeśli jeszcze nie miałyście tego cuda, to polecam!
Ocena: 5/5
Miałyście?
Kathy i Leon
niedziela, 3 maja 2015
702. Ufff, czyli obyło się bez ofiar!
Witajcie!
Szybki wypad na działkę za miastem dobiegł końca.
Trochę się napowietrzyłam, trochę słońca zakosztowałam, trochę mnie robale pogryzły.
Ale było warto.
Czuję się zrelaksowana, wypoczęta i taka naładowana naturą.
Nie żałuję nawet wczorajszego wstania o poranku, stresowego pakowania naprędce, ogólnego niewyspania i końcowego później zmęczenia.
Co do szosowych kombinacji drogowych donoszę z dumą, że nikogo nie zabiłam.
I tu mam na myśli zarówno ród człowieczy jak i leśnych mieszkańców.
Całą odległość z jednej działki na drugą - ok. 160 km - zaliczyłam prawie sama.
Wsparcie, a raczej zabranie mi kierownicy przez mamę, było tylko w newralgicznych momentach takich jak: wyjazd/wjazd z garażu i wyjazd/wjazd na posesję.
Gdy już szczęśliwie wyjechałam natomiast na trasę, jechało mi się cudownie.
Byłam panem świata i szosy!
Kilometry znikały pod kołami, wiatr z okna rozwiewał grzywę, a serce wypełniała radość i duma, że warto było zdawać to prawo jazdy.
Miałam co prawda kilku sytuacji niezbyt zgodnych z przepisami o bezpieczeństwie drogowym - zdechnięcie silnika na światłach i przejechanie linii ciągłej podczas wyprzedzania pijanego majową porą rowerzysty - ale jak na pierwszy raz myślę, że nie było to aż takie źle.
Gorzej przedstawiała się sytuacja psychiczna współpasażerów moich, gdyż mama przez całą trasę, za każdym zakrętem czy hamowaniem, miała wizję, że się rozbijemy.
Dziadek z kolei, początkowo gromko wiwatując Leonowi podczas manewrów, zaczął po kilku kilometrach pogawędkę o nagłych i niewyjaśnionych wypadkach w rodzinie.
Wszystko się jednakowoż udało, dojechaliśmy i wróciliśmy w jednym kawałku.
Teraz nie mogę doczekać się kolejnej możliwości kierowania pojazdem rodzinnym...
Bo na swoje własne cztery kółka muszę jeszcze odłożyć trochę grosiwa...
A u Was jak majówka przebiega?
Kathy i Leon
Szybki wypad na działkę za miastem dobiegł końca.
Trochę się napowietrzyłam, trochę słońca zakosztowałam, trochę mnie robale pogryzły.
Ale było warto.
Czuję się zrelaksowana, wypoczęta i taka naładowana naturą.
Nie żałuję nawet wczorajszego wstania o poranku, stresowego pakowania naprędce, ogólnego niewyspania i końcowego później zmęczenia.
Co do szosowych kombinacji drogowych donoszę z dumą, że nikogo nie zabiłam.
I tu mam na myśli zarówno ród człowieczy jak i leśnych mieszkańców.
Całą odległość z jednej działki na drugą - ok. 160 km - zaliczyłam prawie sama.
Wsparcie, a raczej zabranie mi kierownicy przez mamę, było tylko w newralgicznych momentach takich jak: wyjazd/wjazd z garażu i wyjazd/wjazd na posesję.
Gdy już szczęśliwie wyjechałam natomiast na trasę, jechało mi się cudownie.
Byłam panem świata i szosy!
Kilometry znikały pod kołami, wiatr z okna rozwiewał grzywę, a serce wypełniała radość i duma, że warto było zdawać to prawo jazdy.
Miałam co prawda kilku sytuacji niezbyt zgodnych z przepisami o bezpieczeństwie drogowym - zdechnięcie silnika na światłach i przejechanie linii ciągłej podczas wyprzedzania pijanego majową porą rowerzysty - ale jak na pierwszy raz myślę, że nie było to aż takie źle.
Gorzej przedstawiała się sytuacja psychiczna współpasażerów moich, gdyż mama przez całą trasę, za każdym zakrętem czy hamowaniem, miała wizję, że się rozbijemy.
Dziadek z kolei, początkowo gromko wiwatując Leonowi podczas manewrów, zaczął po kilku kilometrach pogawędkę o nagłych i niewyjaśnionych wypadkach w rodzinie.
Wszystko się jednakowoż udało, dojechaliśmy i wróciliśmy w jednym kawałku.
Teraz nie mogę doczekać się kolejnej możliwości kierowania pojazdem rodzinnym...
Bo na swoje własne cztery kółka muszę jeszcze odłożyć trochę grosiwa...
A u Was jak majówka przebiega?
Kathy i Leon
sobota, 2 maja 2015
701. Hajże na szosę, czyli Leon ponownie za kierownicą!
Witajcie!
Dziś nastanie dzień wiekopomny.
Po ponad trzech miesiącach Leon zasiądzie znów za kierownicą auta: Klik!.
Tym razem nie będzie przy nim instruktora, ani egzaminatora, ale żywy, rodzinny organizm.
W ramach bowiem majówkowego, spontanicznego wypadu, po wczorajszej telefonicznej naradzie padła decyzja, że jedziemy wspólnie na drugą działkę, oddaloną ok. 100 km od naszego domostwa.
A że odludne są to okolice, a przewozy PKP niepewne w tych czasach, stanęło na tym, że trzeba jechać autem.
Auto jako rzecz martwa, samo pojechać nie może.
Trzeba więc do niego kierowcy, który nada mu życie i wprawi w ruch.
Leon słysząc powyższe plany rodzinnie, nie czekał już dłużej i gromko zgłosił swą kandydaturę na przewoźnika rodzinnego.
Po długiej debacie i dyspucie, wśród nieufnych pomruków i poszeptów, rada rodzinna i zwyczajowy kierowca w tego typu wyjazdach - czyt. mama - wyrazili zgodę.
I tak oto Leon jutro z wielką podnietą będzie szusował po drogach i bezdrożach, aby bezpiecznie dowieźć wesołą kompanię na łono natury.
Trzymajcie kciuki, by żadne sarny czy pingwiny nie wyskoczyły na szosę i Leona nie zaskoczyły.
Kathy
Dziś nastanie dzień wiekopomny.
Po ponad trzech miesiącach Leon zasiądzie znów za kierownicą auta: Klik!.
Tym razem nie będzie przy nim instruktora, ani egzaminatora, ale żywy, rodzinny organizm.
W ramach bowiem majówkowego, spontanicznego wypadu, po wczorajszej telefonicznej naradzie padła decyzja, że jedziemy wspólnie na drugą działkę, oddaloną ok. 100 km od naszego domostwa.
A że odludne są to okolice, a przewozy PKP niepewne w tych czasach, stanęło na tym, że trzeba jechać autem.
Auto jako rzecz martwa, samo pojechać nie może.
Trzeba więc do niego kierowcy, który nada mu życie i wprawi w ruch.
Leon słysząc powyższe plany rodzinnie, nie czekał już dłużej i gromko zgłosił swą kandydaturę na przewoźnika rodzinnego.
Po długiej debacie i dyspucie, wśród nieufnych pomruków i poszeptów, rada rodzinna i zwyczajowy kierowca w tego typu wyjazdach - czyt. mama - wyrazili zgodę.
I tak oto Leon jutro z wielką podnietą będzie szusował po drogach i bezdrożach, aby bezpiecznie dowieźć wesołą kompanię na łono natury.
Trzymajcie kciuki, by żadne sarny czy pingwiny nie wyskoczyły na szosę i Leona nie zaskoczyły.
Kathy
piątek, 1 maja 2015
700. O Leonie, co się uderzył majową porą...
Witajcie!
Ufff wreszcie!
Trzy dni relaksu i odmóźdżenia się po ciężkim czasie kwietnionym.
Weekend majowy nam nastał!
Pewnie większość z Was wyjeżdża gdzieś na działkę, na grilla, pod namiot.
Na popijawkę, na pogaduchy, na dumanie.
Leon początkowo miał także wybrać się za miasto, jednakowoż z racji na brzydką pogodę nadawaną na weekend, zmienił zdanie.
Te dni trzy spędzi zatem w domu, ładując akumulatory i... kurując się po nieoczekiwanym zderzeniu z szafą w robocie.
Jak do tego doszło?
Ano tak, że spiesząc się na zajęcia, sumienny jeden kursant drugiego osobnika z grupy potrącił, przegonił i niechcący popchnął kręcących się nieopodal - czyt. Leona - w wyniku czego ten wleciał niefortunnie na szafę szkolną, centralnie uderzając kolanem o kant mebla.
Po tym oto wydarzeniu smutnym pozostały takie oto pamiątki:
Mam nadzieję, że powyższe fioletowe znaki znikną równie szybko jak się pojawiły...
Póki co smaruje je Altacetem, aby opuchlizna nieco zeszła.
Może macie jakiś sprawdzony sposób na tego typu urazy?
Kathy i potłuczony Leon
Ufff wreszcie!
Trzy dni relaksu i odmóźdżenia się po ciężkim czasie kwietnionym.
Weekend majowy nam nastał!
Pewnie większość z Was wyjeżdża gdzieś na działkę, na grilla, pod namiot.
Na popijawkę, na pogaduchy, na dumanie.
Leon początkowo miał także wybrać się za miasto, jednakowoż z racji na brzydką pogodę nadawaną na weekend, zmienił zdanie.
Te dni trzy spędzi zatem w domu, ładując akumulatory i... kurując się po nieoczekiwanym zderzeniu z szafą w robocie.
Jak do tego doszło?
Ano tak, że spiesząc się na zajęcia, sumienny jeden kursant drugiego osobnika z grupy potrącił, przegonił i niechcący popchnął kręcących się nieopodal - czyt. Leona - w wyniku czego ten wleciał niefortunnie na szafę szkolną, centralnie uderzając kolanem o kant mebla.
Po tym oto wydarzeniu smutnym pozostały takie oto pamiątki:
Mam nadzieję, że powyższe fioletowe znaki znikną równie szybko jak się pojawiły...
Póki co smaruje je Altacetem, aby opuchlizna nieco zeszła.
Może macie jakiś sprawdzony sposób na tego typu urazy?
Kathy i potłuczony Leon
Subskrybuj:
Posty (Atom)








