.

.

Oświadczenie

Nie wyrażam zgody na kopiowanie moich słów ani zdjęć. Jeśli chcesz jakieś z nich wstawić u siebie na blogu - zapytaj. Uszanuj czyjąś pracę - czytaj, komentuj, zadawaj pytania, ale nie kradnij!
Obrazek użyty w nagłówku pochodzi stąd: Klik!


Mój stary blog - Karia18

drugi blog: http://karia18.blog.onet.pl


INFORMACJA:

Od jakiegoś czasu mam pewien denerwujący problem z aktualizacją nowych wpisów na liście czytelniczej, natomiast - bez obaw - nowe posty pojawiają się zawsze, codziennie rano, między 7-9. Dlatego śmiało możecie wbijać do Leona pomiędzy jednym łykiem porannej kawy, a drugim!
Aby jednakowoż nie ominąć żadnej notki zapraszam do śledzenia mnie na FB:

Pragnę dodać ponadto, że z racji na zmianę szablonu, niektóre posty - zwłaszcza recenzje - pozostały jeszcze w tle kodu i koloru HTML ze starego szablonu.
Pracuję nad ujednoliceniem całości.
TRANSLATE
Select language

TRANSLATE - SELECT LANGUAGE

Szukaj na tym blogu

wtorek, 30 kwietnia 2013

115. Dynia - naturalny lek na porost i wzmocnienie włosów!

Witajcie!

Przychodzę dziś do Was z małych samochwalstwem.

Otóż zauważyłam dnia wczorajszego, że nie mogę się uczesać bez efektu tzw. rozczochrańca.
Nieważne bowiem jak gładko i idealnie kitę zwiążę - i tak wszędzie małe włoski (baby hair) będą mi wystawać.

Postanowiłam zatem rozgryźć ów problem rozczochranej fryzury z bliska i chwyciłam w ręce swe lusterko.
 I oto co w jego szklanej tafli zauważyłam:

mały bałagan na głowinie...

normalnie jak antenki!

a tu zarastające zakola

Co mi spowodowało taki włosowy, bujny szał?

Podejrzewam jednego sprawcę jakim są...

pestki dyni!
Chrupię ze smakiem te pesteczki (ok. jedną łyżkę stołową dziennie) od trzech miesięcy i jestem w szoku.
Włosiska (duże i małe) rosną niczym rośliny po nawozie Substral.

Takiego wysypu małych włosków już dawno nie miałam i jestem niezmiernie szczęśliwa, że dynia daje "kopa" dla baby hair.
Oprócz porostu, spostrzegłam także unormowanie w zakresie wypadania włosów.
Zamiast 60 - wypada mi ok. 30 dziennie.

Ale nic to!

Oprócz bowiem efektów włosowych, są także efekty paznokciowe.
 Szpony - mimo, że są krótko obcięte z racji na ŁZS - są twarde jak stal i nie rozdwajają się.
A to naprawdę zakrawa o cud, jeśli wezmę pod uwagę fakt ciągłego molestowania ich lakierem. 

Ale to także nie wszystkie zalety dyniowe!

Cera także wygładziła mi się i ładnie oczyściła.
 Już nie nakładam litrów korektora, aby zakamuflować to i owo.
A zwykle w okresie wiosennym mam dosłownie "syf-atak".

Polecam zatem wszystkich włosomaniaczkom i ceromaniaczkom dynię!

To lepsze niż wszystkie suplementy diety razem wzięte.

Kathy Leonia


poniedziałek, 29 kwietnia 2013

114. Recenzja: Avon Slip Into, woda toaletowa 50 ml

Witajcie!

Dziś będzie pachnąco.
Zapodam Wam bowiem recenzyję kolejnego zapachu z mej niebotycznej kolekcji perfumeryjnej liczącej obecnie sztuk 18.

Opowiem Wam nieco zatem o pachnidle z Avonu, zowiącym się Slip Into.
W przeciwieństwie do tego ziomka: Klik! ten prudukt mi niestety czterech liter nie urwał...

Ale najpierw może słowo od producenta: "Woda toaletowa `Slip Into` w tajemniczy i zagadkowy sposób przenosi kobietę w prestiżowy świat luksusu. Daje poczucie pewności siebie jak eleganckie szpilki, po założeniu których stajesz się kimś innym skupiając wzrok mężczyzn tylko na sobie. Ten zapach ubiera kobietę od stóp do głów w wyrafinowaną woń frezji i fiołków, otulając ciepłem złotej ambry. To prowokująca esencja kobiecości wydobywająca zmysłowe akordy orchidei i irysów.

Kategoria: orientalno - kwiatowa

Nuty zapachowe, m.in: czarna porzeczka, frezja, liście fiołka, orchidea, złota ambra, kaszmir"

Pan zapach na zdjeciu:
w całej okazałości

I w przybliżeniu:

od dolnej strony
 Szczegóły:

Cena i dostępność: perfum ten kupiłam pół roku temu w Avonie oczywiście i dałam za niego w przecenie ok. 50 zł. Normalna cena bez promocji to ok. 80 zł.
  Zapach: ciężko mi powiedzieć co to za woń. Na początku czuję słodycz fiołka i orchidei, ale zaraz potem dochodzą do tego ciężkie, korzenne nuty kaszmiru i ambry. Ogólnie przyjemny, ale dość przeciętny.
   Konsystencja: jasno-filetowy płyn do psikania.
Opakowanie i pojemność: butelka zgrabna z uroczym korkiem, który niestety ma tendencje do migracji vel. ucieczki... 50 ml pojemności liczy sobie flakon.
    Wydajność: taka sobie. Zapach raczej szybko "schodzi", jeśli jest używany codziennie.
  Działanie: mam mieszane uczucia co do tej woni. Gdy go kupiłam pół roku temu - zakochałam się w nim i używałam praktycznie ciągle. Potem nagle ten miks zapachowy znudził mi się i odstawiłam go bez żalu gdzieś w kąt. Jednakże jakiś czas temu ponownie sobie o nim przypomniałam i postanowiłam dać produktowi szansę drugą. Jednak teraz perfum ten nie pachnie mi już tak uroczo jak na początku. Coś zaczyna mi w nim przeszkadzać i mam wrażenie, że woń ta tłamsi moją osobowość i seksowność naturalną. Nagle bowiem zamiast słodkich nut fiołka, doszukuję się nut alkoholowych i landrynkowo-tandetnych, które po 2 godzinach się nieoczekiwanie ulatniają. Zapach jest zatem nie tylko nietrwały, ale i kiczowato procentowy; ową woń alkoholu czują także osoby, z którymi przebywam i które - chcąc nie chcąc - mnie wąchają. Rozczarowana jestem zatem tym perfumem i szczerze marzę o dniu, kiedy go zużyję go końca...
   Ocena: 3/5

Miałyście styczność z tym pachnidłem?

PS. Dziąsło mnie boli nadal.
Oby tylko mi zęby nie uciekły od tego...

PS2. O matko i córko...
Ileż to się namęczyłam, zanim ustawiłam sobie ikonkę Bloglovina.

Kathy Leonia

niedziela, 28 kwietnia 2013

113. Ile włosów wypada mi podczas czesania?

Witajcie!

Pożaliłam się Wam już odnośnie wypadania włosów podczas mycia: Klik!
Dziś przyszła pora na prezentację kudełków, które uciekają mi, gdy się czeszę grzebieniem.

Oto ci, co opuścili dziś mnie:


Na pierwszy rzut oka wygląda to jak jeden wielki kołtun, ale już przy drugim spojrzeniu można bystrym okiem stwierdzić, że jest tego ok. sztuk 20-30.
Niby norma - nie mówię, że nie - ale jednak dla włosomaniaczki, każdy stracony włos równa się wielkiej depresyji i czarnym myślom.

Nie mniej jednak nie poddaję się i walczę z czupryną dalej, ku chwale zwycięstwa z przeciwnościami choroby zowiącej się ŁZS.
Swoistym szczytem marzeń mych jest doprowadzenie włosów i ŁZS-owego towarzysza do takiego stanu optymalnego, kiedy to włosiska będą trzymać się łepetyny jak kafelki podłogi, a łupież i drożdżaki odejdą w siną dal.

Obym takiego dnia dożyła tylko...

A jak to jest u Was?

Kathy Leonia

PS. Jeśli chodzi o piątkową imprezę powiem tak: czterech liter mi nie urwało i wyszłam wcześniej, wymyślając pretekst jakiś...
Strasznie bowiem nie lubię udawać, że kogoś lubię i toleruję, a niestety pewna taka persona działająca mi na nerwy miała czelność zjawiła na owym spotkaniu...

PS2. Od lipca zanika tradycyjna forma obserwowania blogów. Jeśli zatem chcesz nadal być na bieżąco z moimi wpisami, zapraszam tu: Klik!

sobota, 27 kwietnia 2013

112. Wielki Google radzi, cz. 2

Witajcie!

Pora na drugą porcję interesujących odsyłaczy, przez jakie trafiacie do mego świata blogowego i stajecie się innymi zgoła ludźmi.
Mam niezły ubaw, wynajdując dla Was takie smaczki.

Tym razem jednak, oprócz uśmiech - powiać może grozą nawet!

1. śmierć 20 latka z róży
Sasasa jestem seryjnym mordercą i lubuję się w krwi niewinnych 20-latków. Ale nie bójcie się, jeśli nie mieszkacie w Róży, to nic Wam nie grozi! No chyba, że koszmary nocne i zażywanie leków antywstrząsowych. Zatem - przed wejściem na bloga tego, skonsultuj się lepiej z lekarzem specjalistą, bo farmaceuta Ci nie pomoże.

2. półka sklepowa
Hm, kiedy to ostatni raz ukradłam jakąś półkę sklepową, wsadzając ją do rozciągniętej kieszeni dresowych spodni? Ktoś ze służb specjalnych może mi przypomni? Bo ja niestety przez moją kleptomatyczną sklerozą nie pamiętam wiele.

3. jestem boska!
Tego nie muszę potwierdzać ani zaprzeczać. To po prostu fakt, który wiem ja i - prędzej czy później - Wy!

4. czekolada blog
Nie dość, że boska - to i słodka jestem. Jak czekolada! Cieknie Wam ślinka już na kolejne posty?

5. jakie plany na wakacje miała leonia?
Pomyślmy. Na początek może odwiedzę ciepłe wody Karaibów i będę rozkoszowała się na plaży lekką nutką drinków Malibu i Pinna Colada. W następnej kolejności wybiorę się na pustynne niziny Afryki, gdzie polować będę na wielbłądzie mleko młodości, po którym to zdobędę niezbędne siły do poszukiwań cywilizacji pozaziemskiej ukrytej głęboko w podziemiach piramid. Wakacje swe natomiast zakończę na Biegunie Północnym, który to zdobędę z zamkniętymi oczami. Tak mniej więcej prezentują się me plany na wakacje Anno Domini 2013.

Kathy Leonia

PS. Post automatyczny.
W tym bowiem czasie autorka leczyć się będzie prawdopodobnie po nadmiarze wczorajszego intelektu babskiego.

piątek, 26 kwietnia 2013

111. Recenzja: Tusz do rzęs Bell Push Up Mascara

Witajcie!

Jak zdążyłyście zauważyć, jeśli mam tzw. fazę na jakaś serię kosmetyków, to będę ową serię męczyła, dopóki mi się nie znudzi, lub gdy skończą mi się produkty w takiej gamie.

Dlatego też dziś po raz kolejny zaprezentuję Wam tusz z Bell, tym razem będzie to: Push Up Mascara. Gwoli ścisłości dodam, że wcześniej recenzowałam już dwóch jego mało interesujących braci:  Klik! oraz Klik!

Czy tym razem bellowe, czarne mazidło spełniło me oczekiwania?

O tym zaraz się dowiecie, ale najpierw słów od producenta kilka: "Maskara zawiera woski otulające rzęsy - precyzyjnie pokrywające je od nasady, aż po same końce. W efekcie rzęsy zwiększają swoją objętość na całej długości. Lekka i elastyczna formuła tuszu unosi rzęsy, pozostawiając je naturalnie miękkimi. Dzięki specjalnie zaprojektowanej szczoteczce tusz nie skleja rzęs i sprawia, że są jednocześnie maksymalnie pogrubione. Maskara stworzona dla Pań pragnących uzyskać oszałamiający efekt sztucznych rzęs."

Bohater dnia i jego szczotka:



Oko gołe:



Dwie warstwy tuszu:



 Szczegóły:

Cena i dostępność: Powyższy tusz ucapiłam w Biedronce. Kosztował ok. 8 zł.
 Zapach: tusz pachnie tuszowo.
 Konsystencja: dobra; nie jest ani za glutowata, ani za lejąca. Taka w sam raz, ot co.
 Opakowanie i pojemność: uroczy różowy plastik z czarnymi napisami. 10 gr pojemności zacnej.
  Wydajność: jak na razie dobra. Używam go od jakiegoś miesiąca, a nadal mam wrażenie, że tuszowa buteleczka pełna jest.
  Działanie: w porównaniu do swoich beznadziejnych poprzedników: Klik! oraz Klik! ten okaz spisuje się fajnie. I to bardzo. Przede wszystkim, ma normalną, dobrze malującą i rozdzielającą rzęsy szczoteczkę, bez żadnych udziwnień i zagięć niepotrzebnych. Dalej, tusz uroczo wydłuża i pogrubia moje chińskie rzęsy, dzięki czemu wyglądają prawie jak firanka, a nie jak kłaczki zza krzaczka. Myślę, że gdybym pobawiła się w dokładanie kolejnych warstw tego tuszu na oczy, efekt byłby bardziej spektakularny. Nie mniej jednak te dwie warstwy produktu całkowicie mnie zadowalają. Jedyne, co mi się niezbyt podoba w tym mazidle to fakt, że trochę, minimalnie skleja rzęsiska. Ale to w sumie pikuś w porównaniu z efektem końcowym.
 Ocena: 4/5

Kathy Leonia

PS. Ugryzłam się w dziąsło wczoraj i nie mogę mówić...
Nie byłby to problem w normalnych okolicznościach, ale tak się złożyło, że dnia dzisiejszego udaję się na babską posiadówkę intelektualną.
 Ktoś mnie nauczy zatem do wieczora języka migowego?

czwartek, 25 kwietnia 2013

110. Recenzja: Szminka Avon Color Trend Kiss 'n' go

Witajcie!

Tak tak, dobrze widzicie.
Znowu zmęczyłam specjalnie dla Was recenzyję kolejnego mazidła do ust.
I znowu jest to Avon - dla odmiany od dwóch poprzednich... Avonów.

Producent rzecze tak: "Szminka o nowej, ulepszonej formule daje mocny i trwały kolor. Nawilża i pielęgnuje usta. Dostępna w 12 kolorach."

Mazidło w krasie swej:

na ręku

z bliskości - mój kolor to Vino Disco

I na wargach słodkich mych:


 Szczegóły:

Cena i dostępność: Pomadkę kupiłam razem z jej niezbyt udaną koleżanką (Klik!) na początku roku u koleżanki-konsultanki w Avonie. Cena ok. 8 zł.
 Zapach: o dziwo przyjemny! Waniliowo-śmietankowo-budyniowy.
 Konsystencja: szminkowa. Twarda i stała.
Opakowanie i pojemność: czarny, plastikowy sztyft do wykręcania. Estetyczny minimalizm - na dole produktu jest tylko napis serii. Mi się to akurat podoba, bo lubię prostotę w opakowaniach! Pojemność 4,6 gr.
  Wydajność: tak jak u jej poprzedniczki (Klik!) - genialna. Nie można tej pomadeczki skończyć, ale w tym wypadku to akurat plus!
  Działanie: Początkowo miałam obawy, że ta pomadka będzie takim samym bublem jak jej poprzedniczka (Klik!) ale na szczęście myliłam się! Produkt ten bowiem całkiem fajnie nawilża nasze wargi, zmiękcza je wyraźnie i - o dziwo - nie osadza się na suchych skórkach. Kolor jest intensywny, ale nie przerysowany i utrzymuje się przyzwoite 2 lub 3 godziny na ustach (oczywiście bez jedzenia i picia ich właścicielki). Zapach jest również przepiękny ( o czym wspominałam już wyżej) i zawsze jak wącham to mazidło, to  mam ochotę potem na coś słodkiego. Niestety sam smak na ustach już nie jest taki miły i "wali" trochę chemią.. Gdyby nie ten drobny szczegół to ową pomadkę mogłabym uznać za ideał. Ale i tak ją lubię.
Ocena: 4/5

Lubicie, jak pomadka Wam słodko pachnie?

Kathy Leonia

PS. Zapraszam na moje pierwsze rozdanko-zgadywanko: Klik!
PS. Obiecuję, że była to ostatnia recenzja z cyklu szminek...  jakie posiadam obecnie z Avonu!

środa, 24 kwietnia 2013

109. Zagadka: co w pudełku ino jest?

Witajcie!

Z racji na fakt, że 3 maja blog ten skończy 4 miesiące, stwierdziłam, iż pobawię się trochę z Wami i zorganizuję Wam małe zgadywanko/rozdanko.
W końcu trzeba Czytelników moich łaskawych czymś ugościć i zadowolić.

Przejdźmy jednak do szczegółów.
Cała zagadka polega na tym, że musicie teraz wytężyć umysły i strzelić odpowiedzią poprawną, co znajduje się w niniejszym pudełeczku:


Wśród poprawnych odpowiedzi wylosuję - własnoręcznie za pomocą tzw. grzebania - nagrodę, którą będzie:

dla ślepaków: jest to nowa pasta cukrowa Safiye, 100% naturalna (skład: cukier, woda, sok z cytryny), nietestowana na zwierzątkach, ważna do 01.09.2014 r.

Zasady są banalne:
- Musisz być obserwatorem bloga tego.
- Musisz zostawić maila pod niniejszym postem.
- Musisz napisać swój typ, co jest w tym pudełeczku.


Regulamin:
 -Nagrodę, jak i wysyłkę, funduję ja - autorka bloga.
- To Polska - każdy podaje swoją propozycję tylko jeden raz.
- Zgłaszacie się tylko i wyłącznie pod tym postem.
- Konkurs tylko dla osób mieszkających w Polsce naszej.
- Zagadka trwa dwa tygodnie, tj. od 23 kwietnia 2013 r. do 7 maja 2013 r.
- Wyniki ogłoszę na blogu 10 maja 2013.
- Szczęśliwca, którego wylosuję, ma trzy dni na napisanie do mnie maila (kathyleonia88@gmail.com) i podanie w nim swego adresu zamieszkania, abym mogła wysłać mu nagrodę.
- Zgłoszenie do konkursu oznacza akceptację powyższego regulaminu.
- Konkurs nie podlega przepisom ustawy z dnia 29 lipca 1992 o grach i zakładach wzajemnych ( Dz. U. z 2004 r. Nr 4, poz. 27 z późn. zm.).

Wzór zgłoszenia:
1. Obserwuję jako:
2. Mail:
3. W pudełku jest...

Wesołego zgadywania!

Kathy Leonia

wtorek, 23 kwietnia 2013

108. Hajże na lumpeksy!

Witajcie!
Bez zbędnych wstępów i wyjaśnień kalających od razu rzeknę, iż wybrałam się do lumpeksu dnia wczorajszego.
Nie był to co prawda dzień dostawy, ale tak jakoś czułam potrzebę upolowania jakiegoś ciucha zacnego.

I ku mojego zdumieniu, oto co napotkałam:

gorset Next, rozmiar 6 - 1 zł (!)

sukienka Next, rozmiar 6 - 7 zł
Jak tylko zobaczyłam tę kwiecistą sukieneczkę, normalnie wiedziałam, że musi wpaść w ręce me!
A tym seksownym gorsecikiem też oczywista nie pogardziłam.
W końcu taki samotny był w tym sklepie...

Co sądzicie o powyższych łowach?

Kathy Leonia


poniedziałek, 22 kwietnia 2013

107. ZaTAGowana

Witajcie!
W dniu dzisiejszym, celem poniedziałkowego rozluźnienia, zapodam Wam jeden z sześciu czekających w kolejce tagów.

Pytania od kochanej Mo: Klik!

1. Plany na wakacje
Ażby były plany, musi być praca i fundusze tudzież zaskórniaki. Jak na razie takowych nie ma, więc wakacje jawią mi się jako "szwendanie" tu i tam.

2. Kosmetyk, o którym marzyłaś, a później okazał się bublem
Zdecydowanym bublem roku - jeśli mogę tak rzec - był indyjski olejek SESA. Napaliłam się na niego rok temu w marcu normalnie jak kot na samicę, wydając prawie 50 zł na to coś. Olejek miał odżywić i nabłyszczeć kudełki i zrobić z nimi "och" i "ach". Jakie były efekty po użyciu? Dno i zero totalne! Wysuszył mi włosy, zrobił z nich strąki i siano i tak podrażnił skalp, że przez tydzień siedziałam w chałupie i się drapałam. W końcu w przypływie złości wylałam go do zlewu, ganiąc się w duchu jaka byłam naiwna. I tak przepuściłam 50 zł. Nigdy więcej powiadam Wam!

3. Optymistka, Realistka, Pesymistka?
Myślę, że jestem takim misz-maszem Pesymo-Optymistki, z przewagą jednakże tej drugiej strony.

4. Gdzie byś chciała mieszkać?
W perfumerii! 

5. Twój ostatni posiłek to:
Bąbolada z Alpen Gold, którą mam jeszcze na zębach, a która osadzi się na czterech literach i po boczkach.

6. Jak przeważnie wygląda Twój weekend?
Tak samo jak dzień powszedni - gram nader udanie rolę bóstwa domowego/miastowego.

7. Jakie zakupy chciałabyś teraz uczynić?
Depilator laserowy mi się marzy... Jak nie kupię, to sama stworzę.

8. Ulubiona bajka z dzieciństwa?
Muminki! Ach ten ognisty i porywisty Włóczykij!

9. Przedmiot, który ma dla Ciebie wartość sentymentalną?
Hm, ciężko powiedzieć. Każda rzecz ma coś takiego w sobie, nawet zwykły ołówek czy długopis. Ile to mądrych zdań nimi napisałam na wykładach na uczelni.

10. Sposób na poprawę humoru?
Popsikanie się perfumami Moshino Light Clouds!

11. Solarium, samoopalacz, czy słoneczko?
Obecnie - wampirza bladość. W końcu od słońca się zmarszczki robią.

Kathy Leonia, która ma ochotę na dalsze kostki Bąbolady, ale od 5 minut się powstrzymuje.

niedziela, 21 kwietnia 2013

106. Recenzja: Avon Perfect Wear Extralasting Lipstick, supertrwała szminka do ust

Witajcie!

Dziś - dla odmiany - pomarudzę Wam o mazidłach do usteczek.

Tym razem znowu Avonowski produkt, który - w odróżnieniu od poprzednio recenzjowanej pomadki z tej firmy Klik! - jest całkiem zacny i nie wywołuje u mnie efektu wstrętu.

Kilka słów od producenta: "Supertrwała szminka dokładnie pokryje usta zmysłowym kolorem w klasycznych odcieniach różu, czerwieni lub delikatnego brązu. Satynowy kolor utrzyma się na ustach nawet przez 8 godzin* Dzięki nawilżającej formule i filtrom przeciwsłonecznym (SPF 15) kosmetyk zapewni delikatnej skórze ust odpowiednią pielęgnację i ochronę. Efekt miękkich, gładkich i głęboko nawilżonych ust utrzyma się aż przez 12 godzin."

Bohaterka dnia i warg na ręcu:


Z bliska
mój odcień to Rose Cream. Można powiększyć zdjęcie przez "klik"

 I na usteczkach:



 Szczegóły:

Cena i dostępność: zakupiłam produkt przez Allegro, za ok. 10 zł. Normalna cena to ok. 15 zł u konsultantki.
Zapach: szminkowy. Nie ma określonej nuty zapachowej, że tak powiem.
Konsystencja: zbita i nierozciapująca się. To lubię!
Opakowanie i pojemność: czarne, plastikowe z czerwonymi napisami. Eleganckie 1,8 gr pojemności w sam raz do torebki.
Wydajność: dobra. Maluję się tym cudeńkiem od dwóch miesięcy i jest jeszcze ok. 3/4 produktu.
 Działanie: urocze! Nadaje bardzo fajny, kremowy kolor, który długo się utrzymuje na ustach - ok. 4 godziny (a nie 12 godzin Szanowny Panie Producencie) bez jedzenia i picia. Poza tym nawilża, nie podkreśla suchych skórek, nie zbiera się w załamaniu. Pomalowane usta wyglądają seksownie i - co najważniejsze - naturalnie, bez efektu przerysowania. Szczerze Wam polecam tę pomadeczkę, bo to naprawdę dobry produkt za niewielkie pieniądze.
Ocena: 4/5 


Znacie powyższe mazidło?

Kathy Leonia



sobota, 20 kwietnia 2013

105. Święto Śmierdzącego Lenia

Witajcie!

Ustanowiłam kilka dni temu nowe święto.
Mianowicie Święto Śmierdzącego Lenia, które obchodzimy kiedy tylko czujemy taką potrzebę.
Ja taką chęć poczułam akurat w dzień środowy, ale to może być równie dobrze wtorek, czwartek, piątek.

Przejdźmy jednakże do praktyki.
Jak należy celebrować powyższe święto?
No cóż, to logiczne - całkiem  niekonstruktywnie.

Robimy bowiem tylko to, na co mamy ochotę.
Jemy tyle, ile nasz żołądek zmieści.
A zdanie innych i polityczne poglądy mamy w czterech literach poważania.

Najlepiej spędzać takie święto w domowym zaciszu, z kubkiem gorącej czekolady z bitą śmietaną czy innym trunkiem pod nosem, czytać różne, krwawe horrory lub sentymentalne romansidła, a na deserek obejrzeć sobie film "Tytanoboa wąż" lub "Love story".

Swoistym ukorowaniem takiego dnia jest wybranie się z najlepszą przyjaciółką do najdroższej kawiarni w mieście i zapodanie sobie najbardziej wykwintnej słodkiej przekąski za 4 zł.

Oto czym się raczyłam:



Ów magiczny deser to budyniowe ciastko na kruchym spodzie z galaretką i owocami granatu.
Ach!
Za takie cudo podniebienia mogę zamordować z zimna krwią.

Co rzekniecie na taką formę święta i świętowania?

Kathy Leonia

PS. Post automatyczny, dziś zajmuję się Bardzo Ważnymi Sprawami, Które Wymagają Skupienia - czyt. porządki. Odwiedzę Was jutro.

piątek, 19 kwietnia 2013

104. Zrób sobie - maść na ŁZS nawilżająco-przeciwgrzybiczna

Witajcie!

Pora na kolejny post z cyklu tzw. "Zrób sobie".

Dziś zapodam Wam przepis na zrobienie swego własnego mazidła na problemy ŁZS-owe.
Takiego zmajstrowanego specyfiku używam już od ponad pół roku i dzięki temu mam jeszcze włosy, a nie stado grzybów.

Dlaczego takie składniki?

 Już wyjaśniam:
-aloes - nawilża łepetynę i zapobiega łuszczeniu się głowiny,
-maść przeciwgrzybiczna - logiczne: zapobiega grzybaskom z ŁZS.

Nie przedłużając, oto co potrzebujemy:

od dołu: żel aloesowy GorVita, Terbilum, pojemniczek z Rossmana, bagietka/wykałaczka do mieszania

Przed mieszaniem:

proporcje banalnie proste: połowa pojemniczka maści Terbilum, połowa - żelu aloesowego GorVita

 Po wymieszaniu:

uroczy glutek!

I teraz najważniejsze - jak używamy tego specyfiku?

Jak już wspominałam wcześniej, ja zawsze wcieram to mazidło w umytą skórę głowy, a także codziennie rano po uczesaniu.
Nie zaobserwowałam podrażnienia, ani wzmożonego przetłuszczania się skalpu.
Maść fajnie nawilża mi głowę, odstrasza drożdżaki, i co najważniejsze zapobiega drapaniu się!

Drodzy ŁZS-owcy, wypróbujecie powyższą miksturę?

Kathy Leonia

czwartek, 18 kwietnia 2013

103. Wielkie zakupiska!

Witajcie!

Rzeknę Wam tak - wszystkiemu winna pogoda.

Tak wczoraj słońce uroczo przygrzewało, tak lekki wiaterek powiewał, tak chmurki miło sunęły po nieboskłonie, że się skusiłam.

Na zakupy mianowicie.

Tym razem nie są to produkty kosmetyczne, ani lumpeksowe, ani ubraniowe, ale coś o wiele  bardziej ekskluzywnego - jeśli tak to można nazwać.

Tak więc, nie przedłużając, oto co ułowiłam:


Oba urocze zestawy biżuteryjne upolowałam w tej samej cenie w sklepie indyjskim Lokaah  (w Łodzi - Piotrkowska 115, na przeciwko McDonalda).

I chyba nie zgadniecie ile za nie dałam.
Dlatego też Wam oznajmę to sama.
Tylko bez palpitacji proszę.

Razem bowiem - za powyższe zestawy biżuteryjne - zapłaciłam niecałe... 6 zł (5, 8 zł).

Tak 6 zł.
Nie 60, nie 600, ale swojskie 6 zł!

Czujecie radość portfela?

Kathy Leonia

PS. Ktoś mnie oświeci, o co chodzi z tym BlogLovinem?
Czy to prawda, że mają likwidować obserwowanie blogów?

środa, 17 kwietnia 2013

102. Recenzja: Bell Bomb Lashes Maximum Volume Mascara, tusz stymulujący wzrost rzęs

Witajcie!

Dziś kolejna recenzja czarnego mazidła do oczu.
Stwierdziłam, że muszę pospieszyć się w wykańczaniu moich tuszowych zbiorów, skoro nikt nie chce mi w tym pomóc (czyt. brak zainteresowanych na kupno produktów).

Tym razem ukażę Wam tusz Bell, który ma - zdaniem producenta - stymulować wzrost rzęs naszych.
Brzmi jak zwykle pięknie, ale pozwolę sobie opinię o tym produkcie zostawić standardowo na koniec niniejszej recenzyji.

Tak więc producent tak rzecze: "Tusz do rzęs Bell Bomb Lashes daje maksimum objętości. Stymuluje poza tym wzrost rzęs (dzięki zawartości phyto-energy cells). Specjalna, silikonowa szczotka pozwala na dokładne uniesienie i pogrubienie każdej rzęsy."

Bohater dnia tego:


Oko łyse:



Oko po trzech i pół warstwach tuszu:



 Szczegóły:

Cena i dostępność: zakupiłam produkt ów w Biedronce, za ok. 9 zł.
Zapach: typowo "tuszowy"; ciężko dokładnie zidentyfikować, czym to "jedzie".
Konsystencja: czarna, gęsta. Nie wiem czy mój egzemplarz jest jakiś wybrakowany, ale po tygodniu (!) od pierwszego otwarcia, miałam już wrażenie, że tusz zaczyna powoli wysychać. Abym mogła nim się posługiwać dłużej niż tydzień, musiałam dodać kilka kropelek gliceryny do środka produktu.
 Opakowanie i pojemność: zielony, plastikowy baniak, z chaotycznymi napisami w uroczo różowych i biało-czarnych kolorach. 9 gr pojemności liczy sobie.
Wydajność: słaba; po dwóch miesiącach widzę, że produkt już dobija dna.
Działanie: używam produktu tego od jakiś dwóch miesięcy. Mimo obietnic producenta, rzęsy mi nie urosły do jakiś niebotycznych rozmiarów, ani nie podkręciły się oszałamiająco. Na zdjęciu, widać co prawda, że tusz ładnie je wydłużył i uczernił, ale uwierzcie mi - uzyskanie tego efektu było naprawdę męczące. Czemu? A temu, że musiałam na oczy nałożyć prawie cztery warstwy produktu, co przy tej wymyślnej szczoteczce było naprawdę istnym wyzwaniem. Mówiąc krótko: zdecydowanie nie polecam. Po pierwsze: beznadziejna szczota, po drugie: szybkie wysychanie tuszu w opakowaniu, po trzecie: phyto-enegry cells jest w tym produkcie tyle, ile pierwiastków wielbłąda tkwi w mojej osobie.
Ocena: 2/5

A Waszym zdaniem, jaki tusz jest najgorszy w użytkowaniu?

Kathy Leonia


wtorek, 16 kwietnia 2013

101. O kicie, co się spuszyła...

Witajcie!

Wyżalić się Wam muszę.
Mianowicie znowu mnie włosy zdenerwowały i ciśnienie krwi podniosły...

I zupełnie nie rozumiem czemu...
Przecie tak pięknie dbam o nie, tak nawilżam i chucham i dmucham...

A one co?
A się puszą bezczelne!

No same zobaczcie:


Na zdjęciu niniejszym włosiska są świeżo po umyciu i wysuszeniu.
Zostały wcześniej potraktowane olejkiem rycynowym (skalp) oraz spryskane mgiełką Mrs Potters.
Miały być mięsiste i gładziutkie i lejące...

Wyglądają natomiast jak sterta siana letnią porą w oborze:

Klik!
 
Liczę, że jak się zrobi cieplej, to przestanę je suszyć.
Może to pomoże na puszenie perfidnej kity mojej.

A jak kita u Was się miewa?

Kathy Leonia


poniedziałek, 15 kwietnia 2013

100. Wielki Google radzi, cz. 1

Witajcie!

Powróciłam zza siedmiu rzek i gór, abyście nie tęsknili za długo.
Od razu dodam, że nikt mnie na owo zadupie nie wywiózł - sama udałam się na wygnanie, iżby słońca nałapać i odstresować się nieco nieudolnymi jak na razie poszukiwaniami roboty.

Tak więc zrelaksowana i prawie wypoczęta, zbieram siły do dalszego tworzenia pięknych postów mych.

Dzisiaj, z racji setnego posta, zapodam Wam najciekawsze - moim zdaniem - partie, po jakich to niewinne istoty ludzkie trafiają na mego bloga.

Tak więc oto smaczki z wyszukiwarki, jakie wyszperałam:

1. powiększyły mi się ręce
Szkoda, że nie nastąpiło powiększenie cyca i tyłka - tym bym się bowiem nie martwiła. Ale powiększenie rąk, to już inna bajka. Radzę udać się do dobrego chirurga plastycznego, celem odpompowania nagromadzonego w kończynach górnych tłuszczu.

2. jak napisać 61
Zdaje mi się, że to niezwykle trudne zadanie. Najpierw trzeba poważnie się skupić, dalej wziąć kartkę papieru i długopis ino, którym następnie należy popukać się trzy razy w lewe ucho. Dopiero po wyżej wymienionych czynnościach wstępnych, można powolutku i bardzo ostrożnie napisać cyferkę 6, by po chwili dołożyć do niej cyfrę 1. Jeśli powyższe sugestie komuś się przydadzą, proszę dajcie znać!

3. chatka na zadupiu
Kurczę, nie wiedziałam, że działka ma jest na tyle popularna, iżby sam Wielki Google wspomnieć o niej raczył! Zastanawiam się, nad uruchomieniem sieci domków letniskowych pod taką nazwą. Czujecie:
- Gdzie Pan spędził weekend?
 - A w "Chatce na zadupiu"!

4. Mariusz Walczak kosmetyki
Siet, wydało się! Jestem facetem i się Mariusz nazywam a na dodatek interesuję się kosmetykami! O zgrozo istnienia...

5. gdzie są moje włosy?
Opcje mogą być różne. Wersja pierwsza - zginęły śmiercią tragiczną  (czyt. obcięte) - i porwane w świat nieznany przez sadystycznego fryzjera. Wersja druga - uciekły na jakieś spotkanie rodzinne i powrócą niebawem jednakże w nieco innej postaci - peruki. Wersja trzecia - właściciel sam je sprzedał na czarnym rynku a teraz udaje pokrzywdzonego i stęsknionego za owłosieniem. Wstyd!

A jak u Was wygląda kwestia z Wielkim Google?

Kathy Leonia


niedziela, 14 kwietnia 2013

99. Recenzja: Avon Rare Gold, woda perfumowana 50 ml

Witajcie!

Dostaję od Was liczne pytania odnośnie stanu mej kolekcji perfumeryjnej (np.  czy się powiększa, czy też stoi w miejscu) oraz tego, jakie zapachy są moje ulubione.
Dlatego też postanowiłam, że w cykl produktów recenzowanych, włączę również i perfumidła.

Dziś na tapetę wejdzie zapach Avonowski - Rare Gold.

Tak o tej woni pisze producent: " To zapach o typowo wieczorowej nucie, słodkawy, ciepły, otulający niczym elegancki szal. Długo utrzymuje się na skórze, elegancki i wyrafinowany."

Zapach należy do kategorii: kwiatowo - orientalnej.
Nuty zapachowe: kwiat pomarańczy, bursztyn, drzewo sandałowe.

Bohater nosa mego:

z daleka

z bliska

 Szczegóły:

Cena i dostępność: perfumidło kupiłam w Avonie jakiś rok temu i dałam za nie bodajże 40 zł - promocja a jakże. Normalna cena to ok. 80 zł.
  Zapach: nie jest to woń dla delikatnych dziewczynek. Czuć tu wyraźnie piżmo, gorzką pomarańczę, a także lekką słodycz landrynki. Ja lubię takie połączenie, więc namiętnie ich używam w okresie jesień-zima.
   Konsystencja: miodowy płyn do psikania.
Opakowanie i pojemność: szklana buteleczka z filuternym złotym korkiem. Pojemność: 50 ml.
   Wydajność: genialna! Mam powyższy perfum od roku - została jeszcze połowa.
  Działanie: powiem tak: zapach ten stosowany w rozsądnej ilości, tj. "psik" za jednym uchem i "psik" za drugim, działa jak magnes na facetów. Gdy jestem ubrana w ową woń, przyciągam spojrzenia i uśmiechy męskie na ulicy, a także zawistny wzrok żeński. Kilka razy zdarzało się też, że jakaś dama zaczepiła mnie na ulicy i zapytała o to, czym tak ładnie pachnę. Te perfumy dodają pikanterii, seksapilu, świetnie współgrają z eleganckich strojem i imprezą. Są piekielnie wytrzymałe - na ciele ok. 10 godzin, na ubraniach - nawet trzy dni. Z początku były dla mnie za ciężkie, ale teraz, gdy "dojrzałam", uwielbiam te piżmowe nuty i szczerze polecam tym paniom, które lubię wywoływać mocne wrażenie wśród płci przeciwnej. Za cenę w promocji - naprawdę warto kupić.
  Ocena: 5/5

Znacie woń Rare Gold?

Kathy Leonia


PS. Notka automatyczna, jestem na zadupiu działkowym i prażę się w słońcu! Będę, jak wrócę.

sobota, 13 kwietnia 2013

98. Ile wypada mi włosów podczas mycia?

Witajcie!

Pomyślałam sobie, że czas  najwyższy na dalsze wtajemniczenie Was w moje problemy włosowe dnia codziennego.
Widzieliście już bowiem łuskę moją na łepetynie i na cebulce, ale nie mieliście jeszcze okazji przedumać faktu wypadania włosowego.

Tak więc dziś nadeszła chwila ta, kiedy ukażę Wam moich uciekinierów.

Oto oni:

ci, co się brzydzą mokrych włosów, proszeni są o ominięcie w patrzeniu zdjęcia tego

 Na oko jest tego ze sztuk 20.

Niby nie dużo, ale jeśli wziąć pod uwagę fakt, iż podczas czesania (rano i wieczorem) wypada mi drugie razy tyle, to już budzić może lekką grozę.

Co jest sprawcą takiej emigracji obecnie?
Niewątpliwie czas wiosenny.
Stare włosy - utrudzone po zimie - uciekają, by ustąpić miejsca nowym szeregom braci.

Zwykle stan taki trwa u mnie około miesiąc/dwa...
Ciekawam jak będzie teraz.

Trzymajcie kciuki, by to się skończyło jak najszybciej...

A Wam dużo włosów wypada obecnie?

Kathy Leonia

piątek, 12 kwietnia 2013

97. Po taniości: Recenzja - Lippo Lip Balm, pomadka ochronna do ust

Witajcie!

Po wczorajszych, bardzo "warzywnych" doznaniach ekstremalnych, pora na coś lżejszego kalibru.
Dlatego też zapodam Wam kolejną odsłonę serii: "Po taniości".

O czym wspomnę tym razem?
O mazidle do ust, jakżeby inaczej!

Na podium dnia dzisiejszego, wejdzie pomadka ochronna Lippo. Zapłaciłam za nią całe...
Ha!
Doczytajcie do końca, to się przekonacie!

Producent tak o niej rzecze: "Pomadka ochronna Lippo zawiera filtry UV, witaminy A i B, oraz witaminę E. Nawilża, pielęgnuje usta i nadaje im delikatny blask".

Oto bohaterka dnia i portfela mego:

można powiększyć przez "klik" na zdjęcie; mój smak to arbuz (watermelon)

można powiększyć przez "klik" na zdjęcie
Na usteczkach:



Szczegóły:

Cena i dostępność: powyższa pomadeczka jest dostępna z tego co wiem - jak na razie - w sieci hipermarketów Polo Market. Zapłaciłam za nią... 1,85 zł (słownie: złotówka i osiemdziesiąt pięć groszy). Tak, tak, dobrze czytacie!
 Zapach: uroczy! Jak napisali, że ma być arbuzowa, tak jest i tak pachnie! Normalnie niczym świeżutkie plasterki dojrzewającego letnią porą arbuza.
  Konsystencja: twarda a nie miętka! Taką twardość...- pomadek do ust oczywista - dziewczynki lubią najbardziej.
Opakowanie i pojemność: jasnoróżowe z zacną mozaiką owocową, która białym drukiem została naniesiona na opakowanie produktu tego. 4 gr liczy sobie ów produkt.
   Wydajność: średnia - jedna pomadka starcza na około miesiąc. Ale nic to - i tak ją wielbię!
  Działanie: geniusz nad geniusze! Nawilża, nadaje delikatny kolorek różany, ślicznie pachnie, bosko smakuje, cudownie się ją nakłada na usta. Dalsze plusy? A proszę bardzo: nie podkreśla suchych skórek, nie uczula, nie wywołuje opryszczek, liszajów i tym podobnych. No i ta cena! Czujecie to? Ja już w zapasie mam kolejną sztukę (tym razem wariant truskawkowy. Dla zainteresowanych: z tych pomadek są następujące wersje smakowe: cytrynowe, pomarańczowe, waniliowe, bananowe, malinowe, miodowe, brzoskwiniowe). Drodzy moi zatem! Jeśli macie tylko pod ręką Polo Market, kupujta to cudo kosmetyczne. Jak dla mnie, jest to produkt o wiele lepszy niż osławiona Nivea i wszystkie Carmexy świata razem wzięte i wstrząśnięte!
  Ocena: 5/5

Pozostaje teraz tylko pytanie: kto ma Polo Market u siebie w mieścinie?

Kathy Leonia

czwartek, 11 kwietnia 2013

96. Była sobie niewinna marchewka...

Witajcie!

Z racji na wczorajszy dzień Włóczykija, odbyłam podróż w nieznane rejony osiedla mego.
Lawirowałam między jedną burtą sklepową a drugą, walczyłam z wysokimi cenami i nieprzyjemną obsługą.
I już miałam zmierzać ku szczęśliwej przystani domowej, gdy wtem moim oczom na niewinnej półce z warzywami, ukazał się taki oto dziwoląg:



Powiecie marchewka jak marchewka.
Pomarańczowa, zakręcona i ziemista.

Ale ale!

Jak tak przyjrzeć się jej z bliska...:




...coś zaczyna przypominać nam. Ni to dzyndzel, ni to zawijas.
Co to może być?

A już wiem!

To ku... Kuflon!:

Klik!
 Prawda że podobieństwo jest uderzające?

Kathy Leonia

PS. Post z przymrużeniem gałki ocznej, ot tak dla radochy mojej i Waszej.

środa, 10 kwietnia 2013

95. Włosowa aktualizacja: kwiecień 2013

Witajcie!

Dnia dzisiejszego przyszła pora na... kalafiora.
A konkretnie mówiąc, na aktualizację włosową.

Cóż słychać u moich kudłów?
A no tak sobie.
Puszą się uparcie nadal przez notoryczne suszenie suszarką i pogodę nieustabilizowaną, oraz niestety uciekają mi z łepetyny - najprawdopodobniej - w ramach tzw. wymiany "sierści" z zimowej na wiosenną.

Tak się prezentują obecnie:




A tak wyglądały miesiąc temu:



Dane poglądowe:

Długość: po zapięcia od stanika
Skręt: raz jest mocniejszy, raz go prawie nie widać; na zdjęciu kwietniowym akurat wywijasek ładnie się zrobił od połowy długości
 Kolor: ciemny blond wymieszany z pasemkami jasnego blondu
Długość: bodajże ok. 51 cm (przyrost ok. 2 cm)
Stan: walczę z ŁZS...
Grubość: ok. 7-7,5 cm
Częstotliwość mycia: co 2 dni (chlip, chlip ile to wody marnuję przez takie mycie, jak to babcia ma rzecze)
Olejowanie: co drugie mycie

A oto podręczne produkty używane do walki z włosami i ŁZS:


od tyłu od lewej:

1. Szampon Green Pharmacy z zieloną pokrzywą, do mycia i odtłuszczania włosisków,
2. Szampon Dercos Vichy na łupież tłusty, używany razem z 1 w metodzie pojemniczkowej (Klik!), bo się nie pieni uparciuch jeden,
3. Żel aloesowy z Gorvity, do aloesowania włosów (Klik!) raz w tygodniu,
 4. Joanna Naturia, Odżywka bez spłukiwania do włosów suchych i zniszczonych z miodem i cytryną, używana na mokre włosy, w dni  bez olejowania włosów (Klik!),
5. Marion Natura Silk - błyskawiczna odżywka odżywka do włosów blond i rozjaśnianych, używana do psikania mokrych kudełków po umyciu, w dni po olejowaniu włosów (Klik!),

od przodu od lewej:

1. Oliwka Salicylol, do złuszczania naskórka raz w tyg.,
2. Aloes zatężony 10% z ZSK, do ubogacania odżywek/szamponów,
3. Naturalny olejek arganowy z ZSK, do olejowania włosów na zmianę z oliwką Salicylol.

I co rzekniecie na ten powalający widok włosów mych?

Kathy Leonia


wtorek, 9 kwietnia 2013

94. Recenzja: Tusz do rzęs Bell wydłużająco-podkręcający, Twist Long and Curly Maskara

Witajcie!

Tyle tu piszę o mazidłach do ust i polików a kompletnie olewam kwestię tuszową.
O zgrozo.
Tak więc czas  najwyższy to naprawić.

Dziś Wam ukażę pewne czarne smarowidło do rzęs, jakie oczywiście udało mi się upolować po bardzo korzystnej cenie.
Mowa będzie niniejszym o tuszu do rzęs wydłużająco-podkręcającym z firmy Bell o wdzięcznej nazwie Twist Long and Curly Maskara.

Producent obiecuje: "Tusz podkręca i wydłuża rzęsy. Dzięki specjalnie wyprofilowanej szczoteczce, dociera nawet do najmniejszej rzęsy, unosi ją, podkręca i wydłuża".

Oto czarny bohater:


Moje oczy gołe:



Oczy po dwóch warstwach tuszu:

góra!

i dół!

 Szczegóły:

Cena i dostępność: Powyższy tusz ucapiłam na wymiance blogowej. Dałam za niego ok. 6 zł. Normalna cena to bodajże 8/10 zł. Można go zakupić w Naturze, Allegro i czasem w Biedronce.
 Zapach: tusz jak tusz. Pachnie tuszowo i czarno.
 Konsystencja: dobra. Mam go od dwóch miesięcy, nadal jest płynny a nie zaschnięty.
Opakowanie i pojemność: czarne, plastikowe. Z jakimiś białymi zawijaskami. So słit.
  Wydajność: jak na razie dobra. Używam go codziennie w sumie, walę po 3 warstwy a nadal nie widać, żeby miał się skończyć
  Działanie: no niestety bardzo przeciętne. Owszem, ładnie podkręca rzęsy i nadaje im fajny odcień czerni, ale to wydłużenie... Widzicie jakąś pokaźną różnicę między gołym okiem a okiem z tuszem? Bo ja w sumie nie bardzo... Widać trochę, że rzęsy są pokryte czymś czarnym i może delikatnie się wydłużyły, ale do firanek i motylich skrzydełek (po dwukrotnym malowaniu rzęs) - daleko... Tu od razu dodam pewną ciekawostkę dla zainteresowanych, mianowicie efekt firanek - ale takich chińskich - można uzyskać dopiero po 5/6 warstwie tego tuszu. Ja osobiście nie zawsze mam ochotę bawić się w takiego tuszowego malarza. Podsumowując: kto lubi delikatny makijaż oka, powinien być zadowolony. Ja jestem niestety człek lubiący mocniejsze wydłużenie oczysków.
 Ocena: 3/5

Znacie powyższy specyfik tuszowy?

Kathy Leonia

PS. Dla przypomnienia: ten denerwujący dymek po lewej stronie to międzynarodowa informacja o wykorzystaniu plików cookies. Podobno każda osoba prowadząca witrynę internetową (także bloger) ma obowiązek umieścić coś takiego na swej stronie. Za brak powyższego "pipka" może grozić sroga kara pieniężna w wysokości ok. £500,000. Dlatego - skoro groszem nie śmierdzę - wolę coś takiego odhaczyć i u siebie. Liczę, że Wam to za bardzo nie będzie przeszkadzało w czytaniu mnię ino. Aby dymek zniknął wystarczy kliknąć "accept" i macie spokój błogi. Więcej o tym dziwnym wymyśle unijnym - Europie się nudzi czy co - możecie przeczytać sobie tu: Klik!  i tu: Klik! i tu: Klik!

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

93. Walka i leczenie ŁZS - jak unicestwić łuskę na skórze głowy?

Witajcie!

Pokonwersowałam z Wami nieco o symptomach i objawach ŁZS tu: Klik! i tu: Klik!, dlatego też - dla równowagi w przyrodzie - pora na cykl postów dotyczących swoistej walki z ŁZS.

Jak już się wspominałam kilkukrotnie i macie tego pewnie po dziurki w nozdrzach, największą zmorą w tej skórnej chorobie jest łuska - dla niewtajemniczonych: złuszczające się fragmenty naskórka, wywołane przez atak drożdżaków (Pityrosporum ovale).
Łuska produkowana przez powyższe grzybki, oblepia nam skórę głowy przez co "dusi" cebulki włosowe, a także wydziela nieprzyjemny zapaszek, który osiada na włosach i skalpie (coś jak ukiśnięte mleko/masło). Poza tymi łuseczka taka, z premedytacją wywołuje przymus drapania się pazurami po głowie i przede wszystkim wygląda nieestetycznie na łepetynie.
Warto nadmienić, że ów złuszczający się naskórek, może mieć kolor biały (jak skóra łba jest w miarę dobrym stanie) lub żółty (gdy drożdżaki żerują radośnie).


Małe przypomnienie obrazkowe:

można powiększyć przez "klik" na zdjęcie

Co zatem czynić, aby ów żółty, łuskowy nieprzyjaciel pojawiał się jak najrzadziej na naszej głowinie?

Oto kilka rad dobroczynnych ode mnie:

- pierwsze i najważniejsze - myjmy włosy regularnie! Nie wolno dopuścić do nadmiernego zatłuszczenia skalpu. Bajeczki o przetrzymywaniu włosów nieumytych, coby miały nagle przestać się przetłuszczać, możemy wsadzić sobie w cztery litery. Ja obecnie myję kudełki co dwa dni. Wcześniej myłam co trzy dni, jednak wtedy kolonie żółtej łuski zaczynały szaleć, więc teraz wolę nie ryzykować.

- po drugie, używajmy szamponów przeciwłupieżowych. Ale nie Head and shity i Pantene kity czy podobne, tylko wybierajmy apteczne specyfiki. Np. szampon Dercos Vichy do łupieżu tłustego: Klik!, szampon z Green Pharmacy z dziegciem lekarskim, szampon Pirolam, szampon Pharmaceris do łupieżu tłustego. Ja mam jednakże swoistą specyfikę mycia włosów (metoda pojemniczkowa), o której pisałam tu: Klik!
Teraz myję głowę szamponem Green Pharmacy pokrzywowym, wymieszanym z szamponem Vichy na łupież tłusty.

- po trzecie, złuszczajmy skórę głowy! Ja używam do tego oliwki Salicylol. Nakładam ją na skalp przed myciem na około godzinę, po czym myję głowę dwukrotnie wspomnianymi wcześniej szamponami. Dla początkujących adeptów salicylowania: uważajcie, bo jest to produkt cholernie oporny w zmyciu i w spłukiwaniu, ale no niestety - coś za coś...

- po czwarte, nawilżajmy skalp olejowaniem. Możecie z przekąsem stwierdzić, po co nawilżać coś, co się przetłuszcza? A no trzeba. I to musowo. Jeśli głowina będzie przesuszona - przetłuszczenie będzie jeszcze większe, łój zacznie nam wychodzić na czoło, drożdżaki zaczną wariować, a nam samym nie pozostanie nic innego, jak srogie upicie się z rozpaczy krystaliczną wodą. Ja nakładam olej na głowę co drugie mycie. Oprócz oliwki Salicylol, używam od kwietnia olejku arganowego z ZSK; wcześniej korzystałam z olejku Alterry. Mój plan działania olejami jest taki: oliwka Salicylol (łyżka stołowa) na godzinę przed myciem tylko na skórę głowy, olejek arganowy (ok. pół łyżki stołowej) na całe włosy przed pójściem spać - rano szorujemy głowę.

- po piąte, używajmy maści przecigrzybicznych. Ja - zaraz po umyciu głowy - serwuję włosiskom swoisty "koktajl" antydrożdżakowy własnej produkcji, składający się głównie z żelu aloesowego i maści Clotrimazolum. O tej miksturze napiszę niebawem.

-  po szóste, bądźmy delikatni dla włosów z ŁZS. Nie czochrajmy ich od rana do nocy, nie wiążmy w zbyt ciasne upięcia, nie maltretujmy gorącym nawiewem z suszarki ( osobiście używam tylko chłodnego "dmuchu"). Ponadto włosy przeczesuję dwa razy dziennie grzebieniem z szeroko rozstawionymi ząbkami (niedługo o nim wspomnę), upinam je zwykle w niską kitę: Klik! a rozpuszczone noszę tylko przy ładnej pogodzie.

- po siódme, odpowiednia dieta. Jesteśmy bowiem tym, czym jemy. ŁZS-owcy! Unikajcie słonych przekąsek, ostrych specjałów i czekolady. Te delicje tylko pogarszają stan naszego organizmu od wewnątrz, co niestety równa się z wzmożonym wypryskiem drożdżaków na zewnątrz - czyt. skóra głowy. Osobiście uwielbiam ostre i pikantne dania, ale pozwalam sobie na takie coś raz na tydzień.

- po ósme, pamiętajmy jedno: ŁZS to choroba, która niestety będzie nam towarzyszyła do końca żywota bo - jak na razie a przynajmniej z tego co mi na ten temat wiadomo - nie ma na nią lekarstwa. Tak więc przez cały czas, w każdym miejscu i o każdej porze, musimy odpowiednio pielęgnować włosy i skórę głowiny, aby nie dopuścić do stanu zaognienia choróbska!

- i wreszcie po dziewiąte, dermatolog! Nie bójmy się tego typu lekarzy - nie dadzą nam pavulonu, tylko pomogą i pocieszą w niedoli ŁZS-owej! Jak tylko zauważymy, że nasze objawy zaostrzają się a łuski jest więcej, nie czekajmy ani chwili, tylko pędźmy do dermatologa. Ja do lekarza owego chodzę niestety prywatnie, bo nie mam nerwów czekać pół roku na wizytę... Taką wizytę odbywam raz na 3/4 miesiące, by skontrolować stan skalpu i ewentualnie otrzymać jakieś mazidło apteczne do smarowania.

Drodzy bracia ŁZS-owcy, dodacie coś jeszcze do tej listy?

Kathy Leonia


niedziela, 7 kwietnia 2013

92. Zdrowe zbiory - róże

Witajcie!

Dziś kolej na dalszą odsłonę serii z moją kolekcją kosmetyczną.

Z racji miłej i słonecznej niedzieli pokażę Wam więc mój uroczy zbiór róży.
Nie są to co prawda ekskluzywne marki typu Channel, Dior, Lancome i inne tego typu rarytasy, nie mniej jednak ów powalający na kolana zbiór w ilości sztuk: 2, całkowicie mi wystarczy.
Na chwilę obecną jestem zaspokojona w róże na przynajmniej kilka lat do przodu.
I nie rozumiem oszalałych z podniecenia panien, co mają tych róży milion pięćset.

Nie przedłużając jednak, oto moje różowe zabawki:

od lewej: BELL, 2 skin pocket pressed rouge, nr 02, TCW Blush Stick
Na ręcu:

od góry: róż BELL, od dołu: róż TCW

Na facjacie:

róż BELL

róż TCW
Szczegóły:

- róż BELL, nr 02, 4,5 g, ok. 6 zł, Biedronka

(produkt ów kupiłam jakiś rok temu, na promocji kosmetycznej w Biedronce. Mam go do tej pory jak widać w stanie prawie że nowym, mimo tego, że dość często sięgam po owe różowe cudeńko. Ma świetną konsystencję, idealnie podkreśla kości policzkowe, a nałożony na policzki uroczo je zarumienia. Długo się utrzymuje na twarzy, nie robi się z niego tzw. ciapa, pachnie delikatnie i jest cholernie wydajny! Będzie mi służył na lata. Kocham ten róż miłością ogromniastą i nikomu go nie oddam!)
ocena: 5/5

- róż TCW, 6,6 gr, ok. 3 zł, Tesco

(niniejszy różyk kupiłam w przypływie depresji przedmagisterskiej jakieś dwa miesiące temu. Zobaczyłam go bowiem, jak tak stał (a raczej leżał) samotny na przecenowej półce i uśmiechał się do mnie. Miałam - co prawda - pierwotnie kupić wtedy hamburgera, ale pokusa kosmetyczna zwyciężyła i tak oto 3 zł poszły na róż. Cóż o nim rzec mogę? Również jest zacny, dobrze podbija kolor rumieńców, fajnie podkreśla kości policzkowe, no i także jest mega wydajny i wytrzymały na skórze! Jedyne co mnie nie do końca przekonuje to fakt, iż produkt ten pachnie... naftaliną! Ale można się do tego przyzwyczaić; mam bowiem pewność, że żaden mol na mej twarzy nie wyląduje)
ocena: 4/5

A Wy ile macie różowych mazidełek do rumieńców?

Kathy Leonia