.

.

Oświadczenie

Nie wyrażam zgody na kopiowanie moich słów ani zdjęć. Jeśli chcesz jakieś z nich wstawić u siebie na blogu - zapytaj. Uszanuj czyjąś pracę - czytaj, komentuj, zadawaj pytania, ale nie kradnij!
Obrazek użyty w nagłówku pochodzi stąd: Klik!


Mój stary blog - Karia18

polecam: http://karia18.blog.onet.pl


INFORMACJA:

Od jakiegoś czasu mam pewien denerwujący problem z aktualizacją nowych wpisów na liście czytelniczej, natomiast - bez obaw - nowe posty pojawiają się zawsze, codziennie rano, między 7-9. Dlatego śmiało możecie wbijać do Leona pomiędzy jednym łykiem porannej kawy, a drugim!
Aby jednakowoż nie ominąć żadnej notki zapraszam do śledzenia mnie na FB:

Pragnę dodać ponadto, że z racji na zmianę szablonu, niektóre posty - zwłaszcza recenzje - pozostały jeszcze w tle kodu i koloru HTML ze starego szablonu.
Pracuję nad ujednoliceniem całości.
TRANSLATE
Select language

TRANSLATE - SELECT LANGUAGE

Szukaj na tym blogu

niedziela, 31 marca 2013

85. Wesołego Zająca!

Witajcie!

Drodzy moi... (chciałam tutaj wtrącić parafianie, ale u licha cosik nie pasuje).
Tak więc drodzy moi Czytelnicy.
Zanim wybędę znowu na działkowe odludzie bezsieciowe i pogrążę się w otchłani pierwotności, pragnę Wam złożyć jeszcze życzenia świąteczne.

Niech wielkanocny, Zając z odmarzniętymi uszyskami sprzyja Wam na te święta, by były spędzone w gronie rodzinnym i przyjaznym.
Jedzcie i pijcie do syta, ciesząc się urokami pięknej, zimowo-wiosennej aury.
A po okrutnym obżarstwie świątecznym, leżcie sobie i odpoczywajcie w spokoju ducha i żołądka, mając w pobliżu zapas proszków na wzdęcia i nieżyt jelitowy (czyt. problemy z dłuższym dumaniem na toalecie).
I wspomnijcie czasem miło o mej zacnej personie, która również będzie miała Was w pamięci.

Kathy Leonia

PS. Post automatyczny, wracam jutro lub wtorek.
Ale spokojnie, będziecie mogli mnie czytać, bowiem ustawiłam na 1 kwietnia pewien cycowy post specjalny i to wcale nie jest Prima Aprillis!

sobota, 30 marca 2013

84. Zrób sobie: eyeliner

Witajcie!

Dziś kolejna notka z serii: "zrób sobie".
Zapodam Wam poniżej szybki i banalny wręcz sposób na wykonanie własnego eyelinera.
Możecie oczywiście wybrać dowolny kolor według Waszego widzimisię, ja postawiłam jednak na klasyczny grafit.

Taki domowy eyeliner nie ustępuje niczym eyelinerom z wyższej półki, a wręcz - można powiedzieć - że jest od nich lepszy.
 Czemu?
Temu, że wszystkie składniki znany i żadnej niepotrzebnej chemii nie dodajemy.
 A kiedy nam tylko się skończy , możemy z łatwością "ukręcić" sobie nową porcję eyelinera.
Bez zbędnego wydawania pieniędzy na burżujskie mazidła do oczu!

Ale przejdźmy do konkretów.

Oto co potrzebujemy:

od lewej: paletka dowolnych cieni, pusty pojemniczek (ja mam ten Rossmanowski), wykałaczka do mieszania, dowolny fluid i gliceryna (w aptece za ok. 2 zł)
Czynność mieszania:

w pojemniczku znajdują się: cały grafitowy, pokruszony cień do powiek, kropelka fluidu i ok. 6 - 8 kropli gliceryny (konsystencja produktu naszego powinna być jak krem Nutella).



Po wymieszaniu:

trochę jak smoła!

Na ręku:


 
Na oku:



Ja nakładam ten eyeliner starym pędzelkiem po eyelinerze z Wibo.
Możecie oczywiście używać do tego także skośnego pędzelka, ja jednak mam dwie lewe ręce do takich manewrów.

Koszt całej produkcji eyelinera, która będzie mi służył przez dobre kilka miesięcy, wyniósł mnie jedynie 2 zł (musiałam kupić glicerynę).

I jak, podoba się Wam mój jakże sprytny eyelinerowy plan?

Kathy Leonia

PS. Idę się zaraz poświęcić ze święconką.
Ktoś chce dołączyć?

piątek, 29 marca 2013

83. ZaTAGowana

Witajcie!

Post znowu tworzony na szybko, między pieczeniem pięciu ciast i kręceniem farszu do pierogów.
Pora zatem na TAG pt. Home Beauty Day, dość nieco zaległy (jak i 5 pozostałych), ale nie bójta się, dam radę podołać wszystkim.

Pytania od Główki: Klik!

Jak często robisz sobie domowy dzień piękności?
Nie potrzebuję takowego robić, przecie jestem boska sama w sobie i to na co dzień jak i od święta!

Ile czasu Ci to wszystko zajmuje?
Pięknieję z godziny na godzinę.

Jaka muzyka sprzyja Twojemu relaksowi w tych chwilach?
Najlepszą muzyką relaksacyjną jak dla mnie jest kocie "murmurando". Niestety sama kota nie posiadam, więc pozostają dwa wyjścia. Pierwsze: muszę takiego grajka ścigać po piwnicach lub klatkach schodowych, drugie: słuchać "murmuranda" w Internecie.

Co lubisz pić podczas swoich zabiegów?
Powiedziałabym, że sączę ambrozję z cytryną, ale jeszcze popadniecie w kompleksy. Stawiam zatem na wodę mineralną.

Co robisz z twarzą?
Klepię się po niej ruchami nieskoordynowanymi.

Co robisz z ciałem?
Też się klepię. Zaczynam od czterech liter. Pobudzone krążenie - gwarantowane!

Co robisz z włosami?
Jako że włosów już klepać nie podobna, to rzeknę, iż je myję. Niestety nie wodą źródlaną, ale kranową z dodatkiem szamponowym.

Na co zwracasz szczególną uwagę?
Na to, czy jakaś część ciała mi nie odpadnie podczas zabiegów upiększających.

Jak wyglądasz i czujesz się po?
Jeszcze piękniej niż zwykle!

Nominuję do powyższej zabawy:
Cebuleczkę
Testereczkę (sasasa)
Kruchą Bruneteczkę

Kathy Leonia

PS. Podsumowanie eksperymentu cycowego będzie w dniach najbliższych, podobnie jak słów kilka o pewnym zacnym sklepie internetowym.
PS2. Czy to normalne, że przed Wielkanocą śni mi się, że jestem owcą i robię urocze "meee"?

czwartek, 28 marca 2013

82. Recenzja: Joanna Naturia, odżywka bez spłukiwania do włosów suchych i zniszczonych z miodem i cytryną

Witajcie!
Dziś już Was nie będę obrzydzała widokiem łusek i drożdżaków, dlatego zapodam Wam recenzję mojej odżywki nad odżywkami, mianowicie: Joanna z serii Naturia, odżywka do włosów suchych i zniszczonych bez spłukiwania, z miodem i cytryną.
Na samym wstępie dodam już, że to jedyny produkt odżywkowy, który mogę "walić" prosto na skórę głowy i nic mi się po nim nie dzieje (tz. nie wyskakują mi krosty, nie łuszczy mi się skóra, nie uciekają włosy).

Producent mówi: "Odżywka Naturia powstała w oparciu o starannie dobrane składniki, które pielęgnują włosy suche i zniszczone. Sprawdzona receptura zapewnia włosom zdrowy i piękny wygląd. Miód - aktywne cząsteczki miodu wnikają we włosy, odżywiają i nawilżają ich włókna. Cytryna - zawiera cenne witaminy i kwasy owocowe, które działają wygładzająco na łuski włosów. Włosy są lepiej nawilżone i odżywione, lśniące i przyjemne w dotyku, łatwiejsze do rozczesania i układania".

Moja miłość:

ślepaki mogą powiększyć przez "klik" na zdjęcie

Na ręcu:



 Szczegóły:

Cena i dostępność: Odżyweczkę niniejszą kupiłam w Tesco za porażającą kwotę złotych 4.
 Zapach: cudowny! Kremowy, słodki (ale bez przesady), trochę mleczny. Cytrynki o dziwo nie wyczuwam, natomiast wwąchując się głębiej odkrywam nuty... jagodowe! Dla zainteresowanych - odżywkę wąchałam będąc w stanie trzeźwości.
Konsystencja: kremowe cudo, dość ciapowate w swej postaci.
Opakowanie i pojemność: plastikowy, żółto-biały pojemnik o zawartości 200 gr.
  Wydajność: genialna! Wierzcie mi lub nie, ale mam tę odżywkę od... pół roku! I wiecie ile zostało? 1/3! Jest mega wydajna, na moje długie włosy wystarcza mi ilość produktu odpowiadająca ziarnku fasoli czerwonej.
 Działanie: dla mnie geniusz! Moja miłość od pierwszego wtarcia zaraz po umyciu w wilgotne jeszcze włosy. Po pierwsze - nawilża nawet najgorsze strąki, po drugie - nabłyszcza delikatnie i daje uroczą blond-poświatę kudełkom, po trzecie - ułatwia rozczesywanie. I po czwarte, najważniejsze - nie podrażnia mi skalpu z ŁZS. Wszystkie pozostałe odżywki, a miałam ich naprawdę dużo w swojej karierze włosowej, działały na mój skalp jak płachta na byka, tj. podrażniały, wysuszały i robiły ogólnie mówiąc "ZŁO". Owa odżywka Joanny żadnego "kuku" nie robi na szczęście. Ten produkt, mogę zatem - z iście czystym sumieniem niewiniątka - polecić każdemu, nawet temu, kto zmaga się z problemami skórnymi. Kto chce odkryć istną ambrozję dla włosów, niech leci do sklepu i kupuje!
Ocena: 5/5

Znacie/macie?

Kathy Leonia

PS. Słońce! Widzę słońce!

środa, 27 marca 2013

81. Symptomy i objawy ŁZS, cz. 1 - łuska na cebulkach włosów

Witajcie!
Dostaję od Was dużo pytań odnośnie tego, jak można rozpoznać i wymacać pierwsze symptomy ŁZS-owej choroby.
Mogę Wam o tym oczywiście barwnie opowiedzieć, budując historię grozy przeplataną łzami wzruszenia. Tylko niestety wątpię, czy to wtedy będzie miało jakiś sens dydaktyczny, bo jak wiadomo każdy Polak lubi mieć wszystko wyjaśnione namacalnie i bez zawiłości.

Tak więc sądzę, że lepiej będzie, jak owe objawy zaprezentuję Wam w formie zdjęć.
Zdjęcia te podzielę na pewnego rodzaju cykl, żeby każdy zainteresowany mógł lepiej się przyjrzeć i ewentualnie podzielić lub wykluczyć dolę ŁZS-iaka.

Ostrzegam jednak, że niektóre z fotek nie muszą być przyjemne i lepiej nie miejcie pełnych żołądków, jak będziecie się temu przyglądać.

Dziś bowiem zapoznam Was z najgorszą zmorą ŁZS.
Łuską.

Łuska to nic innego jak złuszczający się fragment naskórka przez działanie drożdżaków (imciowie Pityrosporum ovale), żerujących niecnie na skórze głowy każdego chorego na ŁZS.
W zależności od stopnia nasilenia i zaawansowania choroby owe złuszczone fragmenty łuski, odchodzące od skóry głowy, mogą być mniejsze lub większe.
Każdy z nich jednakże jest nieprzyjemny i wygląda obleśnie.
Niestety łuski te mają pewną nikczemną tendencję osadzania się nie tylko na samej skórze głowy, ale także na cebulkach włosa. Oblepiają go i odcinają tym samym dopływ powietrza do cebulki, w wyniku czego włos się "dusi" i w panice ucieka nam z głowy.

Jak to wygląda w praktyce?

A tak:

hardcory mogą powiększyć zdjęcie przez "klik"

jak wyżej

jak wyżej



Jak widzicie, zamiast normalnej cebulki, jest fragment naskórka przyklejony do niej.

Jeśli zatem podczas czesania włosów zauważycie, że Wasza cebulka wygląda podobnie, to mam dla Was miłą niespodziankę - witam w ŁZS klubie!

Kathy Leonia

PS. Testereczko bardzo bardzo dziękuję za przesyłkę! Jej zawartość jest przeurocza i roztopiła od razu serce me zmrożone lodem! 



wtorek, 26 marca 2013

80. Recenzja: Mrs, Potter's, ekspresowa odżywka bez spłukiwania (aloes i jedwab)

Witajcie!

Powróciłam do żywych zza Wielkiej Śnieżycy i spieszę do Was z recenzyją.
Owa recenzyja dotyczyć będzie produktu Mrs. Potter's - ekspresowej odżywki bez spłukiwania (aloes i jedwab), przeznaczonej dla włosów suchych, zniszczonych.

Producent tak rzecze: "Odżywka do włosów suchych i zniszczonych zawiera ekstrakt z aloesu, znany z silnych właściwości regeneracyjnych i nawilżających oraz proteiny jedwabiu, które wygładzają włosy, nadają im elastyczności i połysk. Składniki pielęgnacyjne w odżywce ułatwiają rozczesywanie włosów i ich stylizacje, nie obciążając ich przy tym".

Bohater dnia:

kto nie widzi, może powiększyć sobie przez "klik" na zdjęcie

Na ręcu:



 Szczegóły:

Cena i dostępność: swój egzemplarz odżywki znalazłam w Realu. Kosztował ok. 7 zł, więc znośnie.
 Zapach: szczerze? Nieokreślony, ale zacny. Ni to słodki, ni świeży, ni jedwabny, ni aloesowy.
Konsystencja: seledynowy płyn do rozpylania na głowinę i włosiska. Ja jego konsystencję nieco ulepszyłam, dodając kilka kropelek olejku rycynowego do zawartości; dzięki temu mam odżywkę "prawie dwufazową".
Opakowanie i pojemność: psikacz z plastiku, 200 ml zabawy.
  Wydajność: wręcz idealna. Psikam i psikam i psikam od stycznia tego roku a dopiero jakaś 1/3 zużyta.
 Działanie: no takie sobie; tyłka mi nie urwało. Przede wszystkim ułatwia rozczesywanie włosów, delikatnie je nabłyszcza, pomaga w układaniu fryzury. Zmiękczenie? Może i coś tam się zmiękczyło, ale bez szału. Nie zauważyłam także poprawy stanu włosów czy też regeneracji końcówek; raczej mam wrażenie że włosy się trochę "nastroszyły" po tym produkcie. Decyzję kupna tej odżywki pozostawiam zatem Wam.
Ocena: 3/5

Tęskniłyście za mną?

Kathy Leonia

poniedziałek, 25 marca 2013

79. Gdzie jestem jak mnie nie ma?

Witajcie!

Post na bardzo szybko, póki jest połączenie sieciowe i mam dostęp do magicznego sprzęta zwanego komputerem.
Jakby mi ucięło wywód w pół zdania to można się domyślać, że ktoś lub coś mnie od sieci oderwało.
I to niekoniecznie za moją zgodą.

Nadal jestem bowiem wybyta na działce, gdzie czuję się zupełnie jak w jakiejś odludnej stacji arktycznej, bo dookoła mnie śnieg, jeszcze więcej śniegu i dla odmiany zaspy śniegowe.
Nie mniej jednak dobrze jest się czasem odseparować od wielkiego miasta.

Wracam do świata żywych bodajże jutro.

Tak więc trzymajcie się zacnie i wspomnijcie ciepło o mnie.

Kathy Leonia i jej pięć rękawiczek.

niedziela, 24 marca 2013

78. Hajże na lumpeksy!

Witajcie!

Dziś szybki post z wczorajszych łowów w moim uwielbianym szmateksie.
Niestety nadal na burżujskie wypady do centrum handlowych funduszy brak.
A myślałam naiwnie, że od zdobycia tytułu konto samo mi się wypełni kasą...

Nie mniej jednak, oto urocze łupy wczorajsze:

szmizjerka F and F, rozmiar 6 - 10 zł

sukienka Next, rozmiar 8 - 7 zł

Komuś coś przypadło do gustu tym razem?

Kathy Leonia, która niedługo wybywa  na działkę, ale zdąży jeszcze Was odwiedzić.
Howgh!

sobota, 23 marca 2013

77. Gołe pazury!

Witajcie!

Postanowiłam dziś nieco rozchmurzyć Was moją pisaniną z kategorii "mało wnoszącej", stąd też spontaniczny pomysł na ukazanie Wam moich paznokci bez manicure.

Tak więc oto moje gołe paznokcie:

imponująca długość!


prawie jak szpony

Kilka informacji poglądowych:

Jak widać z powyższych fotek, moje paznokcie nie należą do tych super zadbanych; daleko im od ideału.
Jedynie co robię dla dobra szponów, to smaruję czasem ich płytkę wazeliną; na wycinanie skórek brak mi już czasu i cierpliwości.

Długość mych pazurków również nie jest - ani nie będzie - imponująca. I to z bardzo prostej przyczyny - ŁZS.
Jak mam bowiem nieco dłuższe paznokcie, to zaraz ich używam w celu drapania się po głowie. Tak więc, żeby losu nie kusić, obcinam je zwykle na "zero". Brak wystających paznokci z opuszków- brak kompulsywnego drapania.

Jeśli natomiast chodzi o kolorystykę tudzież zdobienia pazurkowe , to tu jestem bardziej twórcza. Lubię tworzyć różne wzoraski i wywijaski. Obecnie maluję i zdobię paznokietki co trzy/cztery dni. Kiedyś robiłam to - o zgrozo! - prawie codziennie!

Tak wiem, to zbrodnia dla płytki paznokcia.

Ale to jeszcze nic...
Jak Wam napiszę bowiem, że czasem z nerwów - między jednym malowaniem paznokci a drugim - miast zmywać lakier zmywaczem go po prostu zdrapuję, to niechybnie doznacie szoku...

Pokiereszowane zatem są bardzo me pazurki czy raczej ujdą w tłoku?

Kathy Leonia

piątek, 22 marca 2013

76. Recenzja: Marion Natura Silk, błyskawiczna odżywka do włosów blond i rozjaśnianych

Witajcie!

Opuściłam się ostatnio w recenzjowaniu różnych ciekawych produktów, zatem czas to naprawić.
Dziś zaprezentuję Wam sprawcę mego rozjaśnienia włosowego, jakie większość z Was zauważyła podczas aktualizacji marcowej.
Owa to bowiem  błyskawiczna odzywka do włosów blond i rozjaśnianych z Marion Natura Silk ładnie mi rozświetliła włoski, nie niszcząc ich przy tym.

Ale najpierw słów kilka od producenta:"  Błyskawiczna odżywka do włosów blond i rozjaśnionych ma specjalnie opracowaną formułę dla włosów suchych, słabych i zniszczonych, wymagających wzmocnienia i regeneracji. Zawiera Jedwab i prowitaminę B5, które wygładzają i rewitalizują włosy bez ich obciążania, ułatwiają rozczesywanie, i układanie, zapobiegają elektryzowaniu, nadają piękny, połysk i rozświetlają delikatnie włosy, nadając ich cudownych, blond refleksów".

Oto blond bohater:

ten pipek na korku to fragment jakiejś ulotki, której u licha nie mogę zdjąć

na ręcu

Szczegóły:

Cena i dostępność: Ja upolowałam swojego Mariona w Naturze za ok. 8 zł.
 Zapach: przyjemny, świeży, jedwabny; ciężko mi jednak określić dokładnie, jakimi nutami zapachowymi "zalatuje"
Konsystencja: płyn dwufazowy żółto-biały; przed użyciem nie trzeba konsultować się z farmaceutą, wystarczy porządnie wstrząsnąć produkt i tyle!
Opakowanie i pojemność: plastikowy psikacz o pojemności 150 ml.
  Wydajność: dobra. Mam to cudo od miesiąca i nie widać jak na razie żadnego zużycia.
 Działanie: jak dla mnie super! Przede wszystkim ułatwia rozczesanie kudełków, dzięki czemu grzebień sunie po nich gładko i nie musi "rozbrajać" żadnych dodatkowych kołtunów po drodze. Dalej, nadaje włosom ładny połysk, sprawia, że świecą się jak w reklamie. Ma także - jak już wspomniałam wcześniej - śliczny zapach, który niestety nie zostaje na włosach. I najważniejsza zaleta - delikatnie rozjaśnia włosy i dodaje im uroczych, blond refleksów; ot taki efekt rozjaśnienia słońcem w upalne dni. Polecam tę odżywkę szczególnie wszystkim tzw. nijakim blondyneczkom, które chcą odżywić i odblondzić kolor włosisków na wiosnę!
Ocena: 5/5

Spotkaliście się już z czymś takim?

Kathy Leonia

PS. Czy moje brwi są naprawdę tak strasznie zaniedbane i zarośnięte, że widać po ich iż ich posiadaczka ma w nosie depilację brwiową?

czwartek, 21 marca 2013

75. Eksperyment: demakijaż oczu olejkiem - podsumowanie

Witajcie!

Nadszedł długo oczekiwany przez większość z Was moment podsumowania mojego eksperymentu z olejkiem, który służył mi przez miesiąc jako "mleczko" do demakijażu oczu.
Olejkiem tym był znany wszem i wobec Rossmanowski Babydream.

Jestem bardzo zadowolona z wyniku eksperymentu.
Warto było się bawić oleistą substancją!

Nie mniej jednak, przypomnijmy sobie kilka szczegółów.

Oto ów cudowny produkt, którym się demakijażowałam:

 

A to stan rzęs na początku eksperymentu (17 lutego 2013 r.):

bez tuszu

z tuszem

długość: ok. 8 mm

Stan dzisiejszy (21 marca 2013 r.):

bez tuszu

z tuszem
długość ok. 1 cm!

Podsumowując:

- po miesiącu demakijażu oczu olejkiem, rzęsiska wzrosły o ok. 2 mm.
Nie widać tego zbytnio jak są bez tuszu, ale z tuszem - przyznacie - efekt firany jest widoczniejszy niż miesiąc temu,
- przestały mi wypadać; zwykle w ciągu dnia uciekało mi ok. 2/3 rzęs; dziś zero!,
- wzmocniły się, stały się czarniejsze i grubsze i widać, że rośnie stado nowych "bejbi" rzęs ( szczególnie na dolnej powiece widzę mały "busz"),
- oprócz wzmocnienia rzęs, zauważyłam przyjemne nawilżenie skóry wokół oczu oraz ewidentne zmniejszenie cieni pod oczyskami (zobaczcie sobie te cienie na zdjęciu lutowym - koszmar!)
- olejek BabyDream bardzo przyjemnie służył za zamiennik mleczka do demakijażu, dobrze nim się zmywało oczu i nie podrażnił mi spojówek. Mój patent na olejny demakijaż? Nalać olejek na wacik tudzież płatek kosmetyczny i potrzymać chwilę przy oku; makijaż schodzi wtedy bez problemu.  Pamiętajcie bowiem, żeby w żadnym razie nie pocierać ani nie trzeć mocno oczu, bo rzęsy zaprotestują i sobie wylezą!
- jestem naprawdę zadowolona z efektu eksperymentu i z pewnością nadal będą w taki sposób demakijażować się!

Widzicie, warto było się natluszczać!

Przekonałam kogoś do takiej formy demakijażu?

Kathy Leonia

środa, 20 marca 2013

74. Żem mgr!

Witajcie!

Donoszę wszem i wobec, że od jakiś 12 godzin dzierżą uroczyście tytuł mgr filologii polskiej, i co za tym idzie, ma genialność sięgnęła zenitu.
Ciężko mi się jeszcze przestawić na tak zacną tytulaturę, nie mniej jednak powoli się przyzwyczajam do myśli, iż moja edukacja dobiegła końca.
Ostatnim jej etapem była obrona.

Jak przebiegło owo starcie?

Trochę na "wariackich papierach".
Przez problemy z MPK i wielkie zaspy śniegowe, przybyłam dosłownie na styk "pojedynku" umysłowego. Szkoda, że nie widzieliście mego biegu przez zaspy, gdy potrącając jednego człowieka za drugim, gnałam od przystanku na uczelnię, niczym zając wyścigowy na zawodach.

Gdy szczęśliwie dotarłam na miejsce, nie było już czasu na powtarzanie materiału i w sumie od razu, taka uroczo zziajana, weszłam do gabinetu z dostojnym jury.
Na miłej konwersacji upłynęło mi bardzo szybko minut egzaminu prawie 40, po którym to egzaminie musiałam wyjść na chwilę i czekać w niepewności na ogłoszenie wyroku, czy nadaję się na mgr czy nie.

Miałam nieco stracha, muszę Wam przyznać, bowiem pochrzaniły mi się odpowiedzi na pytania i miast pięknej i dostojnej prezentacji, lałam równo przysłowiową "wodę" słowną, z dodatkiem mnóstwa błędów językowych i stylistycznych.
O dziwo szanowna komisja miała widać dobry ubaw ze mnie, bo zamiast wysłać mnie do powtórzenia edukacyjnego procesu, wystawiła mi uroczą 5 i uścisnęła prawicę.

I takim oto sposobem, moje szczęście sięgnęło zenitu.
Wyleciałam z egzaminu jak na skrzydłach, i dopiero w połowie drogi na schodach przypomniało mi się, że przecież przed drzwiami sali, gdzie odbywał się mój egzamin, wciąż czekają na mnie znajomi i się na pewno zastanawiają, czemu ich u licha bezczelnie zignorowałam.
Wróciłam zatem z pokorą do mych pobratymców i z nimi to dopełnił się dzień wczorajszy, ukoronowany srogim oblewaniem tytułu naukowego w jednym z miejscowych lokali.

Dlatego też wczorajszego dnia nie zdążyłam się Wam pochwalić, nie mniej jednak czynię to dzisiaj.

Winniście być wyrozumiali, zważywszy na to, że mimo lekkiego bólu głowy tworzę dla Was streszczenie mej obrony.

Kathy Leonia - bezrobotny mgr




poniedziałek, 18 marca 2013

73. Panika przedmagisterska - faza trzecia i ostatnia

Witajcie!

I oto nadejdzie sądny dzień.
Już czuję jego oddech na plecach, przepełniający mnie zimnym dreszczem strachu i ulgi zarazem.
Już zaczyna mnie brzuch boleć, a poobgryzane paznokcie, podczas wczorajszej szalonej nauki,  patrzą się z wyrzutem na moje stukające nerwowo zęby.

Już jutro...

Po 5 latach edukacji, wielu zarwanych nocach, bezsensownych egzaminach, mało wnoszących praktykach... Ostateczna rozgrywka.
Dzień starcia "oko w oko" z szanowną komisją egzaminacyjną i jej tzw. pytaniami obronnymi.
Dzień zakończenia mej edukacji studenckiej i rozpoczęcia kariery bezrobotnego w Wielkim Mieście.
Dzień, kiedy wreszcie pokażę uniwerkowi łódzkiemu, że od teraz mam go w poważaniu.

Obrona.

Gdyby ktoś miesiąc temu powiedział mi, że będę w dniu jutrzejszym broniła się, bym owego ktosia wyśmiała i wypukała w czoło.
A jednak dałam radę, napisałam w niecałe 3 tygodnie piękną intelektualnie pracę.
 Pozostaje jedynie obronić ją przed "ciałem" profesorskim.

Jutro, punkt 13...
Walka na piękny umysł.

Trzymajcie kciuki u rąk i nóg, abym zachowała twarz i nie zrobiła sobie jakiegoś obciachu na obronie.

Kathy Leonia

PS. Przepraszam za nieobecność na Waszych blogach.
Wybaczyta?

niedziela, 17 marca 2013

72. Byłam anorektyczką - moja historia

Witajcie!

Dziś będzie post ciężki, post bardzo osobisty.
Post o strasznej chorobie, która dotknęła i mnie...

To nieprawda bowiem, że na anoreksję zapadają tylko osoby z kompleksem grubasa i niskiej wartości.
To także nie choroba jedynie rozpieszczonych jedynaków, pragnących zwrócić na siebie uwagę wiecznie zajętych rodziców.
Mogę potwierdzić na własnym przykładzie.
Zdziwieni?
Tak byłam anorektyczką…
 Choć od tych wydarzeń minęło prawie 10 lat, to jakaś nikła świadomość tego co było, wciąż tkwi w jestestwie mym gdzieś głęboko nadal…

XXX

Nigdy nie należałam do osób strasznie  puszystych. Miałam jedynie co najwyżej lekkie parę kilogramów za dużo, których to naddatków nigdy nie traktowałam jako coś ujemnego. Dobrze mi było we własnej skórze i w apetycie, który - skromnie mówiąc - mały nie był .
 
Wprawdzie czasami od niektórych ciotek i pociotek zdarzało mi się słyszeć coś niecoś o moim nadmiernym „tłuszczyku”, ale uwagi te przechodziły mi, prawdę mówiąc, koło nosa. Podobnie jak przytyki mamusi, co nie chciała by w niedługim czasie doszło do tego, że jej córeczka wyjadła całą lodówkę, i dyskretnie mówiła mi o powstrzymywaniu apetytu.
Koledzy i koleżanki w szkole także nie dawali mi nigdy wprost do sugestii, żem za bardzo przy kości. Jedynie przy wspólnych zabawach na wf i ćwiczeniach integracyjnych, Kathy Leonia była wybierana jako ostatnia i zawsze to jej się dostawało, że sknociła zagrywkę albo, że do piłki nie dobiegła w czas.
Wszystko się zmieniło, kiedy w edukacji szkolnej doszłam do klasy 6 podstawówki.
Zaczęłam zauważać swoją nadmierną puszystość w porównaniu z innymi koleżankami, które niespodziewanie jawiły mi się jako ideały.
To był pierwszy impuls do rozpoczęcia kuracji odchudzającej.
Drugim impulsem stało się przezwisko wymyślone przez moich kolegów z klasy, którzy, inteligentnie, zamiast mego imienia używali miłego określenia: ”Kachna grubachna”…

XXX

Jakie było ich zdziwienie, gdy po dwóch miesiącach z Kachny-grubachny stałam się Kachną-chudziachną.
Tak, to był pewien rodzaj samozaparcia, który przez ponad pół roku kazał mi stosować drakońskie diety,wymyślone przez mą skromną osobę.
Na śniadanie konsumowałam pół kromki chleba, podobnie jak na kolację. Na obiad z kolei uparcie jadłam dwa kartofle lub jedną chochelkę zupy.
Poza tym wszystkim ćwiczyłam intensywnie niezliczone przysiady, pompki, podskoki, wyrzuty etc.
Tabletki na przeczyszczenie i lepsza przemianę materii były również moim środkiem zapobiegawczym.
To było coś, nad czym miałam kontrolę, coś co było tylko i wyłącznie moje.
Nie oceny, nie dobre zachowanie, nie ciuchy.
Ale moja własna aparycja, moje utracone kilogramy, mój nowy wizerunek, kiedy to okrągłe policzki ustępują miejsca wystającym kościom policzkowym, a oponki z brzucha idą sobie hen hen daleko, wypierane przez płaskość.

Co na to rodzice?
Z początku cieszyli się, że ich córeczka zmienia swój jadłospis i zaczyna dbać o linię.
Jednak szybko to zadowolenie zmieniło się w przerażenie, gdy podczas kontrolnego ważenia w przychodni okazało się, że Kathy Leonia z 53 kilo przy wzroście 157 waży nagle 42 kilo i ciągle odmawia spożywania swoich porcji z dawnym apetytem i chęcią.
Posiłki stały się dla mnie istną męką. Nie cierpiałam rodzinnych obiadów, ani wypadów ze znajomymi na pizzę czy na frytki. Wszyscy zamawiali tuczące smakołyki, a Kathy Leonia dłubała widelcem w najmniej kalorycznej sałatce.
Skąd wiedziałam że to najmniej kaloryczne? A bo tablice z kaloriami znałam niemal na pamięć. Wystarczyło jedynie dodawać określone produkty do siebie i każde danie miało się idealnie wyliczone.

XXX

Nie wiem dokładnie, co było by ze mną i moją pasją odchudzania, gdyby nie pewna doktor.
Po kolejnej kontrolnej wizycie, kiedy to się okazało że moja waga spadła znowu  i wynosiła 38 kilogramów a mama wpadła w niemal w czarną rozpacz, pani doktor poprosiła mnie o chwilę rozmowy sam na sam.
W sumie wszystko było mi jedno.
Mamy błagania, taty groźby, babci płacze, znajomych zmartwienia, pani wychowawczyni dziwne pytania, czy dobrze się czuję - nie dawały skutku.
Dopiero ta babska rozmowa z lekarką.
Nie wiedziałam, że to będzie przełom w tej mojej paranoi odchudzania.
Uświadomiła mnie że to tylko ja sama mogę sobie pomóc, że to nie jest choroba mojej rodziny ale moja.
I jeśli chce się doprowadzić do ruiny to powinnam mieć tego świadomość, że właśnie to robię.

XXX

Wróciłam po tej rozmowie do domu, usiadłam w kuchni i zobaczyłam kotlety na stole stojące.
Wielkie, kaloryczne, robione przez moją babcię.
Mając na uwadze słowa lekarki przemogłam się.
Po raz pierwszy od pół roku zjadłam coś co miało więcej niż 100 kalorii za jednym razem.
Skończyłam z koszmarem odchudzania.
Wróciłam do normy.
Co prawda sidło anoreksji nadal czasami zataczało koło mnie swoje zabójcze kręgi i miałam parę nawrotów, ale już nigdy tak jak za pierwszym razem.

XXX

Jednak pewne rzeczy z tej choroby pozostaną mi na zawsze.
Chude ręce i nogi, pogorszony wzrok, szybkie męczenie się.
Czy boję się ponownego nawrotu?
Teraz już nie, choć wiem, że anorektyczką w umyśle pozostaje się całe życie..
Od ponad 8 lat moja waga stoi na szczęście w miejscu.
51 kilo, 164 wzrostu.
I niech tak zostanie.

XXX

Miałam szczęście że udało mi się z tego wyjść.
Ile osób na świecie tego szczęścia nie ma i choroba je niszczy do końca…
Gdyby nie tamta rozmowa z lekarką nie wiem co by się ze mną działo teraz.
Może nie mielibyście po prostu okazji poznać mego radosnego pisania i mej skromnej osoby tu na łamach tego bloga…

Kathy Leonia

PS. Niniejszy post - z dedykacją dla Sandy Osman - pochodzi z archiwum z mojego starego bloga karia18.blog.onet.pl:  Klik!

PS.2 Obrona jednak we wtorek.
Mam dwa dni na naukę.
Będzie bowiem zastępstwo za promotorkę.

sobota, 16 marca 2013

71. Wielkie zakupiska!

Witajcie!
Wreszcie wczoraj znalazłam chwilkę czasu, by odstresować się między półkami sklepowymi

Gdzie się zatem udałam? A do Tesco z racji tego, że mam najbliżej, oraz przez to, że teraz są naprawdę ogromne wyprzedaże tescowej kolekcji ubraniowej znanej pod nazwą: F & F. A że ja markę tę lubię i cenię, to nie mogłam przepuścić kilku ewidentnym "perełkom".

Nie upolowałam dużo, głównie z braku wystarczającej ilości funduszy, ale i tak oczyska mi się cieszą, na widok tego skromnego łowu.

Oto co dorwałam:

do lata jeszcze daleko, ale jak coś jestem przygotowana!

 Produkt z tyłu jest następujący:
- a) F & F biustonosz typu bardotka, rozmiar 34 (trochę ciasnawa, widać cyc rośnie dalej!) - Tesco, 9,99 zł





 Produkt z przodu:
- b) F & F kostium kąpielowy, rozmiar S (36) - Tesco, razem ok. 12 zł

 Dowód taniości i sprytości mej:




Czemu powyższe zakupy poczyniłam:
a) co by cyce unosił
b) na wakacje się przyda, np. do pluskania się w jakimś ciepłym gejzerze

Uwierzycie, że ten fioletowy, piękny kostium dwuczęściowy za 12 zł kupiłam?
Bo ja nadal nie wierzę!

Kathy Leonia

PS. Wiadomość z ostatniej chwili...
Z obroną się sprawa rypie...
Promotorka w szpitalu wylądowała i nie wiadomo kiedy wróci...
Wrrr...


piątek, 15 marca 2013

70. Recenzja: Szampon Malwa Gloria czarna rzepa do włosów normalnych ze skłonnością do przetłuszczania się i łupieżu

Witajcie!

Dziś recenzja szamponowego preparatu, który towarzyszy mi od dłuższego już czasu.
O dziwo, poprzednia butelka wypadła znacznie lepiej, niż ta obecna...

Jednak o tym później.

 Najpierw zapodam Wam, co producent obiecuje: "Naturalny ekstrakt z czarnej rzepy, bogaty w witaminy i mikroelementy wzmacnia cebulki włosowe, zapobiega przetłuszczaniu się, charakterystycznemu dla łupieżu. Włosy odzyskują zdrowy wygląd i połysk".

Oto owo szamponisko:

można powiększyć zdjęcie przez "klik" na nie
Zawartość butli na dłoni:

ot przezroczysty glutek...

Szczegóły:

Cena i dostępność: praktycznie w każdej drogerii typu Rossman, Natura, Jaśmin, Super Pharm. Cena zacnie przystępna - 4 zł.
 Zapach: jak sama nazwa wskazuje - rzepkowy. Mało intensywny na włosach ( całe szczęście), ale jednak podczas mycia  czasem "wali" .
Konsystencja: uroczy glutek
Opakowanie i pojemność: butla przezroczysta, 300 ml zawiera rzepowego szamponu.
 Wydajność: kiepska! Przy myciu głowy co 2/3 dni, szampon starcza na... miesiąc!
 Działanie: tu mam mieszane uczucia. Używałam poprzednio tego szamponu i  byłam zadowolona - fajnie bronił przed ŁZS-siakami drożdżakami, pienił się całkiem przyzwoicie, nie plątał włosów, i dłużej trzymał je świeże. Ale teraz, nie jestem do końca szczęśliwa z tym szamponem. Koszmarnie się nie pieni, muszę jego - dosłownie - "kupę" wlać na głowę (nawet w mojej metodzie pojemniczkowej: Klik! ), żeby jakaś piana powstała. Mało tego, nie oczyszcza dobrze włosów; po myciu mam wrażenie, że "tłuszczyk" dnia wczorajszego nadal na nich jest. Nie wiem czy trafiłam na jakąś feralną serię, czy skład nagle się zmienił, czy też rzepka się znudziła mym włosom. W każdym bądź razie sądzę, że więcej go nie zakupię...
Ocena: 2/5

Miałyście powyższą rzepkę?

Kathy Leonia

czwartek, 14 marca 2013

69. Zrób sobie: baza pod cienie

Witajcie!

Pozostajemy w tematyce "zrób sobie".
Dziś specjalnie post dla Cebuleczki.
Chciała ona bowiem inwestować w zakup bazy pod cienie, ale po co wydawać 10 czy 20 zł na sklepowe chemikalia, skoro można zrobić to za grosze.
A efekt jest i tak zacny i niczym nie ustępuje tym bazom z "wyższej półki".

A ja, jako mistrzyni oszczędzania zaraz Wam pokażę jak się do tego zabrać!

Przejdźmy więc do czynności podstawowych.

1. Co nam będzie potrzebne?

od lewej: trochę dowolnego, sypkiego pudru, trochę kremu NIVEA, kropelka fluidu dowolnego koloru, wykałaczka i pojemniczek (ja mam z Rossmana za 1.29 zł)

2. Do pojemniczka wrzucamy potrzebne składniki.
Ja dodaję po trochu każdego specyfiku, żeby nie przedobrzyć.


kolor apetyczny?


3. Mieszamy, mieszamy i powstaje taka miła oczom ciapulapa:



4. Tak się prezentuje sama na ręcu:




5. A tak podbije zgrabnie cienie:

Na górze z bazą, pod spodem bez  bazy. Cień pochodzi z gazetki typu: Kup Gazetę Dostaniesz Cienia.


Koszt całej produkcji wyniósł mnie ok. 2 zł.
Taka baza, przy codziennym użytkowaniu, wystarcza na około 4 miesiące i jest naprawdę wydajna.
Cienie każdej marki, nawet te chińskie, wietnamskie i gazetkowe, podbija na około 7/8 godzin.

Wypróbujecie moją miksturę?

Kathy Leonia


środa, 13 marca 2013

68. Zrób sobie dobrze!

Witajcie!

Po tygodniu męczącym, przytłaczającym i wysysającym siły psychiczne, pora w dniu dzisiejszym na małe grzeszki i chwilowe lenistwo.

Nie będę myślała o mgr, która nie chce sama się wydrukować, ani o obronie, która nie chce sama się obronić.
Nie wspomnę nic w swej świadomości o braku świetlanej przyszłości jako filolog polski bez znajomości sejmowych tudzież ogólnokrajowych.
Nie będę wkurzała się odwrotnie słodką "koleżanką" z mojej paczki.
Nie zakłócę również myśli swych mało wiosenną pogodą czy też brakiem typowo babskiego, zakupowego "rauszu".

Dziś będę bowiem leżała do góry brzuchem i miała wszystko w poważaniu.

Chcecie dowodu?
A patrzcie tylko jak sobie "dogodziłam" z rana:

kokosowy pączuś i zielona herbatka

widzicie tę ambrozję w środku?

Pączki z kokosem to coś, czemu nie mogę się oprzeć!

Prawda, że kuszą?

Kathy Leonia

wtorek, 12 marca 2013

67. Hajże na lumpeksy!

Witajcie!

W ten piękny, zimowy dzień znowu udałam się byłam w odmęt lumpeksowy.
O dziwo grzebanie i przebieranie wśród mnóstwa ubrań drugiej kategorii bardzo mnie jara i uspokaja.

Dostawa jednakże była mało w moim guście, dlatego też upolowałam li rzecz jedną.

Oto ona:

sweter Anda Fashion - 5 zł

Mówiłam już Wam że uwielbiam błękitne rzeczy ubraniowe?

Kathy Leonia

PS. Złość mnie wzięła jak stąd do Wąchocka...
Chciałam sobie druknąć pracę a tu jak na złość me sprawdzone ksero zamknięte...
Wrrr!

poniedziałek, 11 marca 2013

66. Włosowa aktualizacja: marzec 2013

Witajcie!

Pora na spóźnioną aktualizację włosową.
Włosiska jak na razie mają się dobrze, ale stresują się razem ze mną mgr i trochę przez to są spuszone.

Nie mniej jednak oto jak wyglądają:


Miesiąc temu wyglądały tak:



Dane poglądowe:

Długość: za łopatki.
Skręt: ni przypiął ni przyłatał. Na zdjęciu akurat zachciały być prawie proste
Kolor: ciemny blond, choć zdaje mi się, że nieco się rozjaśniły z niewiadomych przyczyn
 Długość: załóżmy, że 48 cm (przyrost ok. 2 cm)
Stan: ŁZS
Grubość: 7,5 cm
Częstotliwość mycia: no niestety muszę myć obecnie co 2 dni...
 Olejowanie: co drugie mycie

 Produkty używane w marcu- te same co w lutym i w styczniu
(makabrycznie wolno idzie mi DNOwanie produktów włosowych): Klik!

Kathy Leonia

PS. Jestem rzadziej na blogu i rzadziej Was "komciuję". Ale to wszystko wina tego, że zaczynam powoli  stresować się obroną i tą całą otoczką związaną z przygotowaniem ostatecznym pracusi...
Obrona już za tydzień !!!

niedziela, 10 marca 2013

65. Blask we włosach!

Witajcie!

Kilka dni temu, korzystając z przepięknej wiosennej pogody i słońca (które gdzieś się wcięło obecnie), spontanicznie przeglądając się w lusterku stwierdziłam, iż włosy wyglądają nader korzystnie i ładnie się świecą.
Tak więc dziarsko chwyciłam za aparat i cyknęłam  sobie zdjęcie z boku głowy.

 I właśnie przy tym cyknięciu udało mi się uchwycić uroczy blask włosisków, który niniejszym zaraz Wam zaprezentuję.

Oto moje włosy, jak z reklamy, tyle że bez efektu Photoshop:



Uroczo?

Kathy Leonia

PS. Post automatyczny, wpadnę do Was wieczorkiem rzecz jasna.
Na razie poprawiam mgr...
BLE!

sobota, 9 marca 2013

64. ZaTAGowana

Witajcie!

Dla rozluźnienia bardzo zaległy TAG  - kolejne trzy czekają na swoją kolej.

Nominowała mnie Monisia Klik! i Zminimalizowana Klik!

Oto zasady:

Zasady:
 
1. Umieść w poście baner z tytułem tagu i linkiem do Kirei - inicjatorki tagu. (nie chce mi się)
2. Odpowiedz w formie zdjęcia na 17 pytań- może to być pojedyncze zdjęcie, kolaż złożony z kilku zdjęć, sfotografowany rysunek czy PrintScreen. Ważne, żeby odpowiedź była w formie graficznej, a nie tekstowej- ewentualnie krótki podpis dozwolony :).
3. Postarajcie się, aby większość zdjęć była Wasza własna, a nie np. pobrana z Internetu z podaniem źródła. Wtedy ten tag będzie bardziej osobisty i ciekawy, choć kilka pytań trochę utrudnia to zadanie (np. w pytaniu o życzenie).
4. Otaguj 7 osób

Pytania:
  1. Codziennie widzisz...
  2. Ubranie, w którym "mieszkasz"?
  3. Ulubiona pora dnia?
  4. Coś nowego?
  5. Właśnie tęsknisz za...
  6. Piosenka, która za Tobą chodzi...
  7. "Nagłówek" Twojego tygodnia to...
  8. Najlepszy moment tygodnia?
  9. Czym chciałaś/eś być jako dziecko?
  10. Nigdy nie rozstajesz się z....
  11. Co można znaleźć na Twojej liście życzeń.
  12. Twoja miłość od pierwszego wejrzenia.
  13. Coś, co robisz przez cały czas.
  14. Zdjęcie tygodnia?
  15. Ulubione słowo/wyrażenie?
  16. Najlepszy moment roku.
  17. Ktoś, kto zawsze potrafi Cię uszczęśliwić.

1.  Codzienne widzę:

widok zza okna
2. Ubranie, w którym "mieszkam":

papucie i getry i skarpety i... be power!
 3. Ulubiona pora dnia:

południe! (dynia jako metafora słońca)

 4. Coś nowego:

Nic nie mam nowego, więc będzie pusto jak za czasów PRL

5. Właśnie tęsknisz za...

górami...
 6. Piosenka, która za Tobą chodzi:

Of Monsters And Me - Little Talks

7.  "Nagłówek" Twojego tygodnia to:

jestem mądra!

8. Najlepszy moment tygodnia:

srogie świętowanie mojej naukowości
 9. Czym chciałaś/eś być jako dziecko:

kotem!  (śpiący na zdjęciu model to imć Jacuś)
 10. Nigdy nie rozstajesz się z..:

zegarek i telefon komórkowy
11.  Co można znaleźć na Twojej liście życzeń:

Niech ktoś za mnie te zdjęcie porobi dalej...

12.  Twoja miłość od pierwszego wejrzenia.:

kto znajdzie tu  moją nogę w skarpecie?
 13. Coś, co robisz przez cały czas:

zbieram kwiatki z grobów
 14. Zdjęcie tygodnia:

ależ oczywiście, że porządek musi być!
 15. Ulubione słowo/wyrażenie:

O ciężki losie! Nie wiem jak zrobić zdjęcie losowi

16.  Najlepszy moment roku:

świętowanie w Meksykanie
 17. Ktoś, kto zawsze potrafi Cię uszczęśliwić:

góry!
 Nominuję:

Ka się
Łojotokową Głowę
Cebuleczkę
Testereczkę
Agę eS (nie zrobiłaś szafy to masz dwa TAGi do ogarnięcia sasasa)
Czerwoną Szminkę
Madzię

Kathy Leonia

PS. Mam nadzieję, że się trochę odmóżdżyliście relaksująco
PS2. Z tymi kwiatkami to taki sobotni żarcik. Nie jestem hieną cmentarną.