.

.

Oświadczenie

Nie wyrażam zgody na kopiowanie moich słów ani zdjęć. Jeśli chcesz jakieś z nich wstawić u siebie na blogu - zapytaj. Uszanuj czyjąś pracę - czytaj, komentuj, zadawaj pytania, ale nie kradnij!
Obrazek użyty w nagłówku pochodzi stąd: Klik!


Mój stary blog - Karia18

INFORMACJA:

Nowe posty pojawiają się zawsze, codziennie rano, między 7-9. Dlatego śmiało możecie wbijać do Leona pomiędzy jednym łykiem porannej kawy, a drugim!
Aby jednakowoż nie ominąć żadnej notki zapraszam do śledzenia mnie na FB:

TRANSLATE
Select language

TRANSLATE - SELECT LANGUAGE

Szukaj na tym blogu

niedziela, 30 listopada 2014

551. Gotujemy w weekend, cz. 22 ciasto czekoladowe z mandarynkami i wiórkami kokosowymi

Witajcie!

Z racji na wielkie mrozy jakie obecnie nam panują, trzeba się jakoś zahartować.
I duchowo i psychicznie.

A na dobry nastrój w całokształcie najlepsza czekolada i różne z nią związane wariacje!

Dzisiaj zapodam Wam zatem przepis na przesmaczne ciasto czekoladowe z mandarynkami i wiórkami kokosowymi.

Gotowe dzieło:







Składniki:

  2 szklanki mąki pszennej typu Szymanowska
1 jajko
50 ml mleka
 1 cukier waniliowy
50 gr masła lub margaryny lub oleju
50 gr cukru
150 gr kakao (ja używałam kakao Puchatek)
1 łyżeczka proszku do pieczenia
3 mandarynki
garść wiórek kokosowych


Do dekoracji dla chętnych:

cukier puder

Czynności:

1. Mandarynki obieramy ze skórki i kroimy na drobne, cienkie kawałki.
2. Do garnka/blendera wrzucamy składniki sypkie: mąkę, proszek do pieczenia, cukry, kakao. Mieszamy wszystko delikatnie łyżką, aby się "przegryzło" i połączyło ładnie.
3. Dodajemy następnie składniki mokre: mleko, masło, jajko. Całość ubijamy mikserem do zniwelowania grudek.
4. Formę keksową (wymiary: 12/21 cm) smarujemy masłem, posypujemy bułką tartą, po czym przekładamy do niej naszą pachnącą czekoladą  masę.
5. Na powyższą paćkę deliaktnie kładziemy pokrojone mandarynki, które posypujemy następnie wiórkami kokosowymi.
6. Tak przygotowaną całość wkładamy do piekarnika (rozgrzanego do 180 C) i pieczemy mniej więcej 40 minut.
7. Upieczone ciasto wyjmujemy z pieca, czekamy aż ostygnie, po czym wyciągamy z formy na talerz/paterę.
8. Kto chce posypuje wypiek cukrem pudrem
9. Patrzymy chwilę na nasze cudo cukiernicze.
10. Żremy!

Wypróbujecie?

Kathy z Leonem

sobota, 29 listopada 2014

550. Recenzja: Elfa Green Pharmacy szampon do włosów normalnych Pokrzywa Zwyczajna

Witajcie!

Dziś słowo o szamponie pokrzywowym z firmy Green Pharmacy.
 Mówiłam już o jego bracie rumiankowym: Klik! 

Słowo od producenta: "Tradycja stosowania ziół w leczeniu różnych dolegliwości sięga czasów starożytnych. Wiele niezastąpionych receptur nadal potwierdza swoją aktualność i efektywność.
Pokrzywa od wieków pomaga w pielęgnowaniu urody. Wyciąg z liści pokrzywy zwyczajnej stosowany jest do pielęgnacji skóry i włosów skłonnych do przetłuszczania się. Wspaniałe wzmacniające i łagodzące właściwości pokrzywy wyróżniają ją wśród innych roślin stosowanych w profilaktyce wypadania włosów. Badania naukowe sugerują, by zalecać pokrzywę do stosowania w ogólnym ubytku sił i odporności ludzkiego organizmu. Szczególnie polecana jest na wiosenne osłabienie. Pokrzywa to bogate źródło życiodajnej energii z przyrody, która daje włosom siłę do intensywnego wzrostu .W ziołowych szamponach serii Green Pharmacie jest wszystko to, co najlepsze - czym obdarza nas matka - natura.


Sposób użycia:

Nanieść na mokre włosy, spłukać. Czynność powtórzyć".

Bohater w butli:



 Na dłoni:




Szczegóły:

 Cena i dostępność: w Rossmanie, w Naturze, cena ok. 7 zł.
  Zapach: przyjemny, ziołowy.
  Konsystencja: przejrzysty glutek do mycia łepetyny.
 Opakowanie i pojemność: pojemnik plastikowy, w tonacji brązowo-żółto-zielono-białej; pojemność: 350 ml.
  Wydajność: genialna. Jedną butelkę tego przyjemniaczka zużywam (myjąc włosy w metodzie pojemniczkowej: Klik!) jakieś dwa/trzy miesiące.
    Działanie: bardzo dobre. Jeśli mam być szczera jak nigdy dotąd, to szampony z serii Green Pharmacy do są obecnie moim numerem 1 w myciu kudłów. Używałam już  nagietkowego, łopianowego, rumiankowego - i za każdym razem jestem nimi zachwycona. Pokrzywowa wersja myjąca jest także cudowna. Przede wszystkim dobrze oczyszcza włosy z łoju i brudu; nie straszne jej ponadto zmywanie olejów. W trakcie mycia szampon cudownie się pieni, nie plącząc przy tym włosisków, ani nie powodując ich wzmożonej emigracji; mogę nawet rzec, że myjadło systematycznie stosowane delikatnie wzmacnia cebulki czupryny. Kudełki po myciu natomiast są puszyste, błyszczące i takie dziarskie. Warto dodać, że produkt nie podrażnia mi skalpu z ŁZS, dzięki czemu bez obaw mogę kupować go ponownie nawet milion pięćset razy. Mazidło jest także wydajne, łatwo dostępne i tanie. Jak dla mnie - szampon-cud.
Ocena: 5/5


Miałyście?


Kathy i Leon w robocie sobotniej...

piątek, 28 listopada 2014

549. Jest taki dzień...

Witajcie!

Jest taki moment w miesiącu, kiedy każdy pracujący człek uśmiecha się sam do siebie i cieszy się z byle powodu.
Jest taki dzień, gdy choć na chwilę zapominamy o trudach i znojach 8-godzinnej harówki od poniedziałku do piątku.
Jest taki czas, kiedy to szefostwo staje się dla nas niczym ziom z podwórka, z którym możemy pogadać nawet o wrzodach na tyłku wuja Zenona.

Cóż to za magiczny okres?

Dzień wypłaty!

Cudowna to doprawdy chwila, gdy w jednej chwili świecące pustkami konto bankowe, pokazuje znów "coś" na plusie.
Napawam się zawsze tak kilka sekund owym zacnym widokiem, po czym z ciężkim sercem zaczynam wyliczać i podliczać konieczne do uregulowania wydatki.

Jedzenie, migawka, soczewki, środki higieniczne, jakieś małe zakupy, opłata za dodatkowe jazdy, kolejny egzamin na prawo jazdy...

I tak oto - ani się obejrzę - wypłata zostaje już tylko bolącym wspomnieniem.

A kolejny przypływ gotówki?
Co?
Dopiero za miesiąc?

O losie niemożliwe!

Też tak macie?

Kathy i Leon


czwartek, 27 listopada 2014

548. Wielkie zakupiska!

Witajcie!

Wybrałam się dnia wczorajszego na zakupy kolorówkowe.
Powód był oczywisty - miałam doła, było mi smutno i musiałam się pocieszyć choć trochę po bardzo nerwowej i stresującej środzie.

Oto co upolowałam:

od góry: Maybelline, podkład w sztyfcie Anti-Shine Stick nr 120 Classic Ivory, ok. 32 zł, Rossman; konturówka Kobo Long Lasting Lip Liner nr0914, Natura, ok. 5 zł; błyszczyk Sensique Star Gloss, ok. 4 zł, Natura

Podkład:

 Błyszczyk:


Konturówka:

Mazidła na dłoni:

od góry: błyszczyk; pod spodem: konturówka


Podkład - póki co - czeka na swoje tzw. Wielkie Otwarcie.
Konturówka - moja 5 w zbiorach już - i błyszczyk - mój ekhm pierwszy od lat - mają i sprawują się dobrze.

Produkt z Kobo ma piękny, niespotykany wręcz odcień różowości i usta prezentują się w niej pięknie.
Specyfik z Sensique natomiast cudownie nawilża i nabłyszcza wargi me przez co korci mnie bardzo zakup kolejnych sztuk...

A Wy co ostatnio zakupiłyście?

Kathy i Leon

środa, 26 listopada 2014

547. Smuteczek...

Witajcie!


Jak to się mówi?
Do trzech razy sztuka?
Chyba nie u mnie ta regułka...

Tak, dobrze się domyślacie...
Wymarzone plastikowe prawo jazdy przeszło mi dziś rano koło nosa.

Na czym tym razem poległam?
Ano tak jak za poprzednim razem, na mieście, nastąpił zgon trasy mojej.
Jechałam sobie dziarsko małą  uliczką jakąś, spozierając bacznie tu i tam, gdy wtem ktoś mi autem wyskoczył z bramy, zatrąbił i drogę zajechał.

Co z tego, że ja miałam pierwszeństwo na drodze, a tamten fagas nie...
Usłyszałam komunikat o możliwości bezpośredniego zagrożenia w ruchu drogowym.
I tyle.
Koniec, przesiadka.

Smutno mi...
Bym  się czymś upiła, ale roboty iść trzeba.
Ech...

Cholerne i paskudne reguły drogowe.
Moje kiszki mają ich powoli już przesyt.

Kathy i Leon

wtorek, 25 listopada 2014

546. Recenzja: Schwarzkopf Schauma "Krem i Olejek", odżywka w spray regeneracyjna do włosów łamliwych i rozdwajających się

 Witajcie!

Przyszła pora na bardzo zaległą recenzję odnośnie pewnego psikacza ze Schwarzkopfa.

Będę mówić o odżywce w spray regeneracyjnej do włosów łamliwych i rozdwajających z Schaumy z serii: "Krem i Olejek".

 Słowo od producenta: "Odżywka głęboko pielęgnuje łamliwe i rozdwajające się włosy i zapobiega ich łamaniu się. Intensywnie pielęgnująca formuła z cennym olejkiem arganowym i o zapachu kwiatu wanilii wzmacnia włosy od wewnątrz. Rezultat to zdrowo wyglądające i pełne blasku włosy. Odżywka natychmiast ułatwia rozczesywanie włosów po myciu szamponem. Nowa formuła z intensywnie pielęgnującymi proteinami oddaje włosom proteiny, które zostały utracone.

Sposób użycia:

Spryskać umyte włosy, nie spłukiwać."

Specyfik w butli:


 Na dłoni:




Cena i dostępność: mazidło zakupiłam w Tesco za ok. 10 zł.
   Zapach: słodki, trochę jak cukierki toffi.
 Konsystencja: trochę kleiste "coś" do psikania łepetyny.
     Opakowanie i pojemność: pojemność: 200 ml.
     Wydajność: bardzo dobra; produkt miałam ponad rok.
      Działanie: średnie i to bardzo. Mazidła używałam - zgodnie z zaleceniami producenta - zawsze po myciu głowy, nakładając je na wilgotne jeszcze kłaki tzw. metodą od ucha w dół. Jak się więc sprawdził? Nijak... Specyfik miał bowiem zrobić naszym włosom dobrze, ale niestety nie wywiązał się z pokładanych w nich nadziei. Produkt mi bowiem włosisków ani nie odżywił, ani nie wzmocnił, ani nie nabłyszczył. Jedynie co czynił to pomagał nieco przy czesaniu, wygładzając delikatnie kołtuny, jakie stanęły grzebieniowi na drodze. Może i był wydajny, łatwo dostępny, stosunkowo tani i ładnie pachnący... Jednakowoż nie potrzebuję czegoś takiego ot dla samej idei psikania włosów... Wiem, że ponownie go nie zakupię, gdyż jest jeszcze wiele tego typu produktów na rynku polskim dostępnych, które wręcz proszą się o leonowe przetestowanie. Może wśród nich znajdę odżywkę w spray Tę Jedyną Na Świecie?
Ocena: 3/5 

Miałyście?

Kathy i Leon

poniedziałek, 24 listopada 2014

545. O Leonie bez mocy padniętym...

Witajcie!

Nie wiem jak Wy, ale ja dziś czuję się po prostu jak balonik, z którego wypuszczono powietrze.

Od rana chodziłam niczym naćpane zombi obijając się czasem o ścianę w boksie, o kursantów czy wręcz o szefową.
Myślałam, z początku, że to ino zwykłe zmęczenie organizmu spowodowane stresem czy brakiem snu i przejdzie szybko po kawie.

Zapodałam więc sobie dla kurażu solidną, poranną dawkę kofeiny, ale o dziwo nic to nie dało.
Zamulenie jak wlazło tak nie przechodziło.
Im godziny mijały, tym czułam się coraz bardziej bez sił.

Jak przez mgłę obsługiwałam dziś petentów i udawałam bardzo wydajną pracownicę.
W takim oto stanie rozpaczy ledwo wytrzymałam do końca robocizny i ostatkiem mocy dowlokłam się do tramwaju wiodącego do domu.

Jak dotarłam do chałupy, tak padłam.
Dopiero teraz nieco się ocuciłam i nadaję do Was.
Nie ma to bowiem czasem się wyżalić w szerokim świecie Internetu.

Od razy człowiekowi lepiej.
Już nawet zaczyna myśleć logiczniej nad kolejnymi - bardziej konstruktywnymi - postami.

Tymczasem trzymajcie się ciepło i niech moc Was nie opuszcza!

Kathy i padnięty Leon

niedziela, 23 listopada 2014

544. Recenzja: Elfa Green Pharmacy przeciwłupieżowy olejek łopianowy z olejkami z drzewa herbacianego i rozmarynu

Witajcie!

Wczoraj było o piciu, dziś dla równowagi będzie znów o kudłach.
Tym razem zmierzę się z produktem włosowym, który ostatnimi czasy był bardzo popularny w blogosferze.

Będę mówić o przeciwłupieżowym olejku łopianowym z olejkami z drzewa herbacianego i rozmarynu z firmy Elfa Green Pharmacy.

Słowo od producenta: "Naturalny olejek łopianowy w połączeniu z naturalnymi olejkami eterycznymi drzewa herbacianego i rozmarynu skutecznie usuwa oznaki łupieżu zwykłego skóry głowy. Dzięki regularnemu stosowaniu olejek wyraźnie wzmacnia osłabione włosy. Olejek przenika głęboko w głąb skóry głowy odżywiając cebulki włosowe, usuwa łojotok i nieprzyjemne odczucia. Włosy stają się zdrowsze i mocniejsze a odpowiednio pielęgnowane dobrze się rozczesują i lepiej układają.

Dla zainteresowanych skład: Klik!

Sposób użycia:


Olejek delikatnie wetrzeć w skórę głowy u nasady włosów i pozostawić na ok.20-30 min. Następnie umyć włosy szamponem, najlepiej z serii Green Pharmacy, dobranym odpowiednio do rodzajów włosów i zastosować balsam do włosów z tej samej serii. Powtarzać zabieg 1-2 razy w tygodniu. Unikać kontaktu z oczami. W przypadku dostania się do oczu przemyć natychmiast dużą ilością wody".

Mazidło w butli:


Na dłoni:






Cena i dostępność: produkt zakupiłam w Naturze jakiś rok temu. Dałam za niego 6 zł.
  Zapach: przyjemny, ciepły, taki ziołowy z domieszką cytrusów i rozmarynu.
 Konsystencja: olej ma postać oleistą. Ot co.
  Opakowanie i pojemność: pojemność: 100 ml.
  Wydajność: bardzo dobra; na jedną aplikację - do rozprowadzenia na całej łepetynie - potrzeba mniej więcej objętość równą ziarnku fasoli.
 Działanie: kiepskie. Mazidło zgodnie z obietnicami producenta miało nam przede wszystkim oczyścić i ukoić skalp z łupieżu. Tu niestety w tym aspekcie się pan twórca srogo się pomylił i mocno przesadził... Zamiast owe białe płatki naskórka wykurzyć z łepetyny, produkt powodował u mnie zaognienie stanu zapalnego - świąd, pieczenie, większa łuska i ewidentny dół emocjonalny. Myślałam z początku, że być może za dużo aplikuję specyfiku na skalp i stopniowo zmniejszałam dawkę... Niestety, za każdym razem efekt końcowy był ten sam - podrażnienie i już. Co natomiast z ujarzmieniem uciekających kudłów? Tutaj również totalna klapa. Jak wiadomo  bowiem u ŁZS-owców - jeśli skalp krzyczy z żalu i łuski, kudły uciekają z rozpaczy. Tak więc doszłam do wniosku, że olejowanie tym czymś skalpu totalnie odpada. Próbowałam potem olejowania włosisków na długości, ale po kilku próbach stwierdziłam, że zdecydowanie wolę BabyDreama. Olejek z Green Pharmacy poszedł sobie w kąt i został wykorzystany w innych celach, czyli nawilżanie.... nóg. Tu o dziwo spisał  się zacnie i nie podrażnił.  Trochę więc przykre, że produkt do włosów działa lepiej na stopy... Tak więc podsumowując: mimo niskiej ceny, ładnego zapachu, wydajności i dostępności temu specyfikowi na moich włosach mówię: nie.
Ocena: 2/5 

Miałyście?

Kathy i Leon

sobota, 22 listopada 2014

543. Sobotni relaks

Witajcie!

Zmiana sobotnia dobiegła wreszcie końca.
Pora zatem na chwilę resetu i odpoczynku od myślenia odmóżdżającego człeka.

Oto czym się będę raczyć za moment:




Gorące, grzane piwo z sokiem malinowym tudzież imbirowym to receptura doskonała na ten mroźny czas, jaki nam nastał.
 Świetnie rozgrzewa, cudownie smakuje i przede wszystkim odpręża.

Idę sączyć dalej mój trunek zacny, pijąc oczywista Wasze zdrowie także.
A jakże!

Kathy i Leon

piątek, 21 listopada 2014

542. Wielki Google radzi, cz. 6.

Witajcie!

I znów piątek nam nastaje.
Jeszcze tylko dziś 8 godzin i jutro 8 godzin i wolny niedzielny dzień  mam...

W ramach zatem wesołego rozluźnienia umysłu i ducha, pora na kolejną porcję smaczków z wyszukiwarki Wielkiego Google.

Gotowi?

1. jak wygląda dzyndzel?
Dzyndel ma wiele twarzy, w zależności od miejsca i czasu produkcji. Może być pokraczny, może być skrzywiony, może być niewymiarowy. Jednym słowem: dzyndzel jest po prostu dzyndzlowaty.


2. mój przyjaciel Leon
Smutno Ci? Masz doła? Pokłóciłaś się z chłopem? Szefu nie dał  podwyżki? MPK Cię ochlapało, a żul wyśmiał? Nie czekaj już dłużej i dzwoń do Leona, on Ci pomoże w biedzie!

3. łuska na oku
Jeśli dopadła Cię złośliwość losu i gałka oczna oblazła Ci znienacka łuską to nie rozpaczaj człeku, nie biadol, nie trwoń łez! Wydłub sobie oko i będzie po krzyku.

4. ŁZS jak znieść?
Nie wiem jak co po niektórzy, ale ja swój ŁZS znoszę dzielnie i biorę wszystkie perypetie z tym związane na klatę jak prawdziwa hardcorka.

5. szukam kulfona
- Dzień dobry, czy tu mieszka kulfon? Wie pani, taki długi, czerwony, trochę włosów ma po bokach?
- Aaa milicja, zboczeniec!


Miłego piątku!

Kathy i Leon

czwartek, 20 listopada 2014

541. Recenzja: The Body Shop Shea Shower Cream kremowy żel pod prysznic z masłem shea i masłem karite

Witajcie!

Kolejny bardzo zaległy w recenzji produkt, ponownie otrzymany od Testerki.

Będę mówić o kremowym żelu pod prysznic z masłem shea i masłem karite z firmy The Body Shop.

Słowo od producenta: "Kremowy żel pod prysznic z dodatkiem masła Shea. Przeznaczony do skóry bardzo suchej. Z dodatkiem działających antyoksydacyjnie witamin A i E, aby pielęgnować skórę i chronić ją przed wysuszeniem. Olej sezamowy i słonecznikowy nawilżają i zmiękczają skórę.

Sposób użycia:

Nanieść na ciało podczas prysznica, spłukać".

Specyfik w butli:


Na dłoni:


Szczegóły:

Cena i dostępność: próbkę produktu
mam od Testerki; z kolei oryginalne kosmetyki do kąpieli tego typu można kupić w internecie lub firmowych wyspach produktów marki The Body Shop za mniej więcej 30 zł.
   Zapach: ciepły, kuszący. Wonieje jak kokosowy pączek z lukrem...
 Konsystencja: urocze białe cudo do mycia ciała.
     Opakowanie i pojemność: przezroczysta, minimalistyczna buteleczka z brązowymi napisami i białą zawartością w środku. Pojemność próbki: 60 ml. Oryginalne: 250 ml.
     Wydajność: bardzo dobra. Ową miniaturkę miałam przez jakiś miesiąc codziennych, wieczornych kąpieli prysznicowych.
      Działanie: przyjemne. Specyfik świetnie oczyszcza skórę z kurzu i brudu dnia, nie uczulając właściciela tegoż naskórka. W trakcie kontaktu z wodą, produkt cudownie się pieni, tworząc ogromne połacie białego, kuszącego wręcz puchu. Oprócz właściwości stricte myjących, mazidło nawilża nas podczas kąpieli, dzięki czemu nie musimy obawiać się o suchość czy o podrażnienie skóry. Warto dodać także, że produkt jest wydajny i nieziemsko pachnie kokosem. Jedynym minusem może być kiepska dostępność - nie we wszystkich miastach bowiem jest dostępna stacjonarnie owa firma mazidłowa - oraz nieco wysoka cena, jak na produkt do mycia się... Jeśli jednakowoż chcecie czasem poczuć się niczym starożytna Kleopatra pływająca w wannie wypełnionej np. luksusowym mlekiem kozim z pierwszego dojenia, musicie koniecznie wypróbować żel z The Body Shopu. Ja z pewnością wrócę do tego cuda, gdy tylko spłynie na mnie jakaś dodatkowa gotówka.
Ocena: 4/5 

Miałyście?

Kathy Leonia

środa, 19 listopada 2014

540. Recenzja: Paloma Body SPA oliwkowe masło do ciała nawilżająco-regeneracyjne

Witajcie!

Dziś zaległa bardzo recenzyja produktu, który dostałam od Testereczki już ponad rok temu, jako upominek odnośnie największej aktywności paszczą - a raczej klawiszami - na jej blogu.

Będę mówić o oliwkowym maśle do ciała nawilżająco-regenerującym z firmy Paloma z serii Body SPA.

Słowo od producenta: "Odpręża ciało i zmysły, idealnie regeneruje bardzo wysuszoną skórę.
Bogaty, przyjemny w użyciu krem do pielęgnacji ciała intensywnie nawilża i głęboko regeneruje bardzo wysuszoną skórę. Oliwkowy krem do ciała ma subtelny i delikatny zapach. Sprawia, że skóra staje się bardziej odżywiona oraz gładka i miękka. A orzeźwiający zapach uwalnia skórę od stresu. Oliwa, zwana przez Homera `złotym płynem` znana jest już od starożytności jako środek pielęgnujący urodę. Zawiera cenne witaminy, minerały i kwasy tłuszczowe, nawilża i wygładza skórę, ma też właściwości antyrodnikowe.
Polecany do suchej i odwodnionej skóry. 


Sposób użycia:

Nanieść na umytą skórę, dobrze wsmarować". 

Mazidło w butli:


Na dłoni:

w rzeczywistości mazidło jest bardziej zielone, ale się było wyblakło z żałości, że tak długo czekałam na recenzję tegoż

Szczegóły:


Cena i dostępność: pro
dukt otrzymałam od Testereczki, zatem nie wiem ile kosztuje; wnioskuję, że można je dostać w Rossmanie za mniej więcej 20 zł.
   Zapach: trochę leśny, trochę świeży. Dziwny, ale znośny.
 Konsystencja: urocze biało-zielonkowane coś do maziania ciała.
  Opakowanie i pojemność: jasny pojemnik z zielonymi akcentami. Pojemność: 200 ml.
  Wydajność: bardzo dobra. Produkt używałam blisko pół roku codziennie rano.
  Działanie: całkiem przyjemne. Mazidło swe zadanie nawilżające spełnia jak najbardziej, gdyż od momentu porannej aplikacji skóra pozostaje gładka i - tak jakby - mięsista przez cały dzień. Warto dodać, że produkt szybko się wchłania, nie brudzi ubrań, nie zapycha skóry. Ponadto pachnie interesująco całkiem oraz jest wydajny i łatwo dostępny w średnim przedziale cenowym. Co do kwestii regeneracyjnych tu producenta poniosło nieco, gdyż nie zauważyłam niestety szybszego i cudownego gojenia się np. siniaków czy zadrapań tudzież jakiś drobnych ranek. To samo tyczy się właściwości niwelujących stres - kto słyszał, żeby człekowi nerwy przechodziły po wysmarowaniu się tym owym masłem? Chyba to jeszcze nie te czasy, ani nie ten poziom techniki drogeryjnej... Pomijając jednakże te dwa drobne mankamenty, produkt Palomy z pewnością jest godny polecenia jako smarowidło do codziennego stosowania. Ja jednakże nie wrócę do niego jak na razie, gdyż moja skóra jest niczym wielkopańska damulka lubiąca kosztować ciągle czegoś nowego.
Ocena: 4/5 

Miałyście?

Kathy Leonia

wtorek, 18 listopada 2014

539. Przesyłka od Kaczmarty!

Witajcie!

Spieszę do Was z radosną nowiną, iż udało mi się wygrać konkurs u Kaczmarty.

Oto co z racji na ten fakt zdobyłam:


Kolorówka:

od lewej na dole: Ziaja CC wyciszający krem na podrażnioną i wrażliwą skórę z rozszerzonymi naczynkami, lakier Hean nr 842, pomadka ochronna Carmex - wersja miętowa, Avon Mega Effects tusz do rzęs; na górze: konturówka Eveline Max Intense Colour nr 14 Nude.

Pielęgnacja:

od lewej: mnóstwo próbek, Hegron Nature Shower Gel  lawendowy żel pod prysznic; na dole: próbki, wzmacniający krem odżywczy do ciała Green Pharmacy Aloes

Od razu wtorek staje się lepszy.
I jakoś tak nawet znośniej się siedzi w robocie.

Dziękuję Ci więc Marto za te dary jeszcze raz bardzo bardzo.

Kathy Leonia

poniedziałek, 17 listopada 2014

538. ZaTAGowana

Witajcie!

W ten jakże smętny poniedziałkowy dzień, przybywam do Was z TAGiem na rozluźnienie atmosfery pracującej.

Nominowana zostałam przez moją kochaną Anię W. do zaprezentowania publicznie 7 faktów o swej personie.
Co prawda bawiłam się już w coś takiego, ale z racji na to, że nigdy za wiele wiedzy o Leonie, nie zaszkodzi powtórka z rozrywki.

Zaczynamy:

1. Kiedyś bardzo nie lubiłam oliwek. Owa nienawiść była tak ogromna, że każde danie z owym warzywem kończyło się niezbyt miłą wizytą w toalecie i zwracaniem treści żołądkowej poprzez rożne otwory ciała. Teraz z kolei jakimś dziwnym trafem oliwki uwielbiam i nie wyobrażam sobie bez nich np. kanapek, pizzy czy sałatek.
2. Pozostajemy w tematyce odżywiania. Kocham wszystko co słone, niezdrowe i pikantne. Chipsy, paluszki, frytki, chrupki mogę jeść tonami i nigdy nie mam dość. Wiem, że miłość niestety zabójcza i bez wzajemności, ale jakież krótkie szczęście podniebieniu dająca...
3. Było o jedzeniu, teraz będzie o piciu. Moją kolejną słabością są - niestety - tanie wina... Im gorszy trunek, im bardziej zaprawiony siarczanami i ociekający cukrem - tym lepiej. Z racji na to, ubolewam bardzo na fakt, że wycofano z produkcji me kochane Komandosy z Żabki... Ktoś się również łączy ze mną w bólu z tego powodu?
4. Nie wyjdę z domu bez naładowanego dobrze telefonu. Mój pradawny smartfon bowiem na dziwne tendencje do tzw. zdychania w najmniej odpowiednim momencie, np. awaria MPK, nadgodziny, nieoczekiwana impreza. Tak więc - dla bezpieczeństwa swojego i rodzinnego, martwiącego się otoczenia - przed każdym opuszczeniem domostwa, telefon zawsze musi być "nabity" w baterii do fulla.
5. Moim ulubionym gatunkiem czytelniczym są horrory; w wolnym czasie na studiach potrafiłam przeczytać trzy tego typu opasłe książki dziennie i było mi mało. Mam szczególnie słabość do twórczości krwawego Grahama Mastertona i psychodelicznego Stephena Kinga.
6. Dla tych, co ocierają oczęta z zadumy nad kwestią z punktu 5 odnośnie pochłaniania trzech powieści dziennie - skończyłam w podstawówce kurs szybkiego czytania. Ta jakże przydatna umiejętność pozwoliła mi później przeżyć i ukończyć studia filologiczne, kiedy to czytałam 20 zaległych książek na tydzień przed egzaminem.
7. Gdy jestem w stanie stresu i nerwów, zaczyna mnie boleć... głowa i pocą mi się ręce.

Zszokowało Was cosik?

Kathy Leonia

sobota, 15 listopada 2014

537. Gotujemy w weekend, cz. 21. czekoladowe babeczki

Witajcie!

Na niedzielę wypadałoby coś słodkiego sobie pojeść.
Cóż zatem może być lepszego niż rozpływające się w ustach czekoladowe babeczki?
Ano nic!

Dlatego, zanim poczynicie własną wersję, możecie póki co się ślinić do zdjęcia:

ta rozklapiucha po lewej stronie na dole jest tak specjalnie stworzona w ramach weny kulinarnej i proszę mi tu się nie śmiać!


Składniki:

1 szklanka mąki pszennej typu Szymanowska
1 jajko
100 ml mleka
1 cukier waniliowy
50 gr masła
50 gr cukru
100 gr kakao
1 łyżeczka proszku do pieczenia
ok.10-15 papierowych papilotek

Do dekoracji:

bita śmietana lub gotowa posypka

Czynności:

1. Do wysokiego garnka wrzucamy składniki sypkie: mąkę, proszek do pieczenia, cukry, kakao. Mieszamy wszystko delikatnie łyżką, coby się "przegryzło".
 2. Dodajemy następnie składniki mokre: mleko, masło, jajko. Całość ubijamy mikserem do zniwelowania grudek.
 3. Na dość sporej blasze do pieczenia, układamy w równych szeregach papilotki, po czym każdą napełniamy pachnącą, kakaową masą mniej więcej do połowy wysokości. Pamiętajcie, że im więcej nawalimy czekoladowej papki do foremek, tym bardziej się nam babeczki rozciapią. A tego przecie nie chcemy...
 4. Tak przygotowaną blachę z surowymi jeszcze babeczkami wkładamy do piekarnika (rozgrzanego do 180 C) i pieczemy mniej więcej 15-20 minut.
5. Upieczone frykasy wyjmujemy z pieca, wykładamy na talerz i - w zależności od preferencji smakowych - dekorujemy posypką lub bitą śmietaną.
6. Podziwiamy wypiek.
7. Żremy!

Wypróbujecie?

Kathy i Leon

536. Recenzja: Garnier Ultra Doux odżywka do włosów suchych i zniszczonych "Awokado i masło karite"

Witajcie!

Dziś zmierzę się włos we włos z odżywką garnierową, która podbiła serca - i kudły - wielu blogerek świata.

Mówić będę o produkcie z Garniera, czyli o odżywce do włosów suchych i zniszczonych "Awokado i masło karite".

Słowo od producenta: "Odżywka do włosów bardzo suchych i zniszczonych z nowej linii Garniera `Naturalna Pielęgnacja` wzbogacona ekstraktami z olejku z awokado i masłem karité. Producent obiecuje że włosy po użyciu odżywki będą łatwiejsze w rozczesywaniu, odzywione, niewiarygodnie miękkie i błyszczące. Odżywka ma gładką i kremową konsystencję, która nie obciąża włosów.

Sposób użycia:
Nanieść na umyte, mokre włosy, spłukać".

Bohater w butli:

 Obietnice producenckie:


Na ręku:


Szczegóły:

Cena i dostępność: pro
dukt kupiłam ponad pół roku temu - luty bodajże - w Rossmanie. Dałam za niego 8 zł.
   Zapach: świeży, ciepły, kuszący. Wonieje mi słodko niczym karmel i melasa...
 Konsystencja: urocze pomarańczowe coś, do odżywiana włosów.
     Opakowanie i pojemność: pomarańczowo-czarno-żółta butelka z brązową szatą napisową. Pojemność: 200 ml.
     Wydajność: bardzo dobra. Tak jak wspomniałam wcześniej - mazidło kupiłam w lutym, używam przez cały czas (objętość mniej więcej ziarnka fasoli) i jeszcze coś tam na dnie pozostało.
      Działanie: genialne! Produkt stosuję - o dziwo tym razem bez eksperymentów - zgodnie z przeznaczeniem, tj. mała ilość zaraz po myciu włosów jako odżywka do spłukiwana. Zgodnie z powyższym użytkowaniem, specyfik sprawdza się naprawdę świetnie - nawilża i odżywia niejako mi kudły, nadając im mięsistość i blask. Dzięki temu włosiska się lepiej rozczesują, nie strąkują - no chyba, że mają ogólnego focha - i wyglądają na zadowolone żywotem. Co do stosowania mazidła warto tu dodać, że w obawie przed zaognieniem skalpu z ŁZS, produktu nie nakładam bezpośrednio na łepetynę; rozprowadzam go jedynie na włosach od ucha w dół. Przyznam się Wam skrycie, że na początku miałam pewne obawy co do tego wychwalanego pod niebiosa cudaka - mam po prostu szczery uraz co do szamponów z tej marki - jednakże na szczęście się opamiętałam i nie żałuję zakupu! Oprócz bowiem zacnego działania, kolejne zalety odżywki z Garniera to: piękny zapach, wydajność, dostępność i niska cena. Jeśli jeszcze nie macie tegoż cuda w swej włosomaniaczej kolekcji, to najwyższy czas to zmienić!
Ocena: 5/5 

Miałyście?

Kathy i Leon

piątek, 14 listopada 2014

535. Wypadanie włosów podczas czesania - aktualizacja 2014

Witajcie!

Był post porównawczy odnośnie wypadania kłaków podczas mycia: Klik!  Klik! Klik!   teraz będzie aktualizacja uciekinierów podczas czesania.

Tak było rok temu w kwietniu: Klik!
 
Tak jest teraz:




Jak zaczęłam liczyć, doliczyłam ok 60 sztuk.
Więcej nie dałam rady sumować, bo się po prostu wkurzyłam...

Smutno mi, gdy tak patrzę na te emigrujące mi z głowy kłaki...
Ów stan wzmożonej ewakuacji włosisków trwa już od dwóch miesięcy prawie...

Cholerne prawo jazdy.
Gdybym wiedziała ile mnie to kudłów - i kasy - kosztuje to bym nawet o tym nie myślała i jeździła sobie rowerem czy deskorolką po świecie...

Jak u Was z wypadaniem?
Dajecie sobie radę?

Kathy Leonia

czwartek, 13 listopada 2014

534. Próba wydobycia skrętu, cz. 2 pseudo-loczki po koczku

Witajcie!

Jak obiecałam bawić się w loczkowanie, tak słowa dotrzymuję.

Ów eksperyment zawijasowy w celu wydobycia skrętu, miał zatem miejsce dnia wczorajszego.

Co takie zrobiłam?

W sumie nic nadzwyczajnego, gdyż po umyciu i podsuszeniu kudłów, zawinęłam je na jakieś dwie godziny w koczek tzw. ślimak, podtrzymywany z tyłu spinkami typu żabkki.
Taką fryzurę zostawiłam na pastwę czasu., aby wszystko się ładnie ze sobą przegryzło i podkręciło.

Oto efekt jaki otrzymałam:




Wiem, że skręt nie powala i włosy wyglądają bardziej jakby pogięte, a nie pokręcone, ale w sumie nie od razu Wąchock zbudowano.

Będę próbować dalej.
Mam już nawet patent na kolejny tego typu eksperyment, mianowicie żeby przed zawinięciem kudłów w koczka, wpierw delikatne ugnieść je pianką do loków/fali.
Może to da lepszy efekt falowania.

A Wy co o tym sądzicie?

Kathy i Leon

środa, 12 listopada 2014

533. Walka i leczenie ŁZS, cz.2 - aktualizacja skalpu

Witajcie!

Pytacie się jak obecnie wygląda mój skalp, czy jest poprawa, czy swędzi, czy się drapię.

Zacznę może - niejako z melancholią w głosie - że ŁZS jest niestety jak wieczny wrzód na głowie...
Nie zginie, nie ucieknie, nie zagoi się...
Jak przylazł, tak będzie i nie odpuści.

Jedyne co możemy zrobić to ugłaskać drania i złagodzić objawy choroby.

Ja niestety, w natłoku zajęć codziennych, stresu i - dodatkowo - robionego prawa jazdy, zapominam często obecnie o łepetynie mojej, tyranej grzybami.
Przyzwyczaiłam się już bowiem do myśli, że mam chory łeb i chorą skórę głowy.

Moja pielęgnacja nie zmieniła się jakoś specjalnie od momentu radosnego odkrycia choroby.
Dalej nawilżam: Klik! , dalej odgrzybiam: Klik!, dalej złuszczam: Klik! dalej olejuję: Klik!.

Raz jest lepiej, raz gorzej...
Obecnie to się prezentuje tak:









Jak widać na załączonych obrazkach łuska wciąż trzyma się skalpu i uciekać nie chce..

Obecny, niezbyt ciekawy stan skalpu powodowany jest przez stres i złą dietę, tak więc kajam się sama przed sobą w piersi, obiecując poprawę.

Mam zamiar też znaleźć sobie jakiegoś mocniejszego złuszczacza, bo do Squmamaxa się już łuska przyzwyczaiła chyba i ma go ostatnio w nosie.

Polecicie coś na złuszczanie łepetyny?

Kathy Leonia

PS. Odpowiadając na komentarze pod brukselkowym kotletem: nie jestem wegetarianką.
Mięsko lubię i nie mam zamiaru latać z transparentami typu: "Uwolnić kury i woły".
 Kotlety z brukselki zrobiłam dlatego, żeby coś urozmaicić w diecie.

wtorek, 11 listopada 2014

532. Gotujemy w weekend, cz. 20 kotlety brukselkowe

Witajcie!

Spieszę się pochwalić, że Leon wybywa na głębokie, kulinarne wody.

Otóż od dnia dzisiejszego w serii: "Gotujemy w weekend", nie będą pojawiały się tylko i wyłącznie słodkości, ale także coś bardziej konkretnego.
Bo ileż można żreć same słodycze, no ile?

Aby przełamać więc tenże zły, cukierniczy nawyk pichcenia ciast i ciasteczek, dziś zapodam Wam pierwsze dzieło wytrawne.
Będę to kotlety brukselkowe.

Oto gotowe dzieło:




Składniki:

ok. 15-20 małych brukselek
*pół szklanki mąki (jak ktoś nie chce to nie musi dawać; może zamiast tego dać bułkę tartą)
50 ml mleka
bułka tarta
2 ząbki czosnku
1 jajko
łyżka masła
szczypta soli, pieprzu, czerwonej papryki

Do dekoracji:

natka pietruszki

Czynności:

1. Brukselki myjemy, wrzucamy do osolonej wody i gotujemy ok. 20 minut, aż będą miękkie.
2. Gdy warzywa się nam ładnie upichcą, kroimy je na drobno, po czym wrzucamy razem z mlekiem, przyprawami, usiekanym czosnkiem, jajkiem, mąką* do tzw. garnka głównego, gdzie będziemy wszystkie składniki ucierać/miksować na papkę.
  3. Po zmiksowaniu powyższych produktów na konsystencję ciapy (jak uznamy że konsystencja jest za rzadka albo za gęsta to dodajemy według uznania nieco więcej mąki lub mleka), zaczynamy formować dłońmi kotlety - nadając im kształt a'la mielone - obtaczając je następnie w bułce tartej. Pamiętajmy jednak, że im kulfoniaste uklepiemy, tym dłużej się nam będą smażyć. Polecam więc robić mniejsze, a więcej. Z owego przepisu wyjdzie spokojnie 5 tudzież 6 średnich kotlecików.
4. Na patelni rozgrzewamy masło i gdy zacznie skwierczeć, wkładamy tam na pastwę temperatury nasze kotleciki. Smażymy z obu stron, aż do rumieńców, po ok. 5 minut.
5. Usmażone kotlety wykładamy na talerz - możemy odsączyć nadmiar tłuszczu poprzez ułożenie wypieków chwilę na ręczniku papierowym - po czym posypujemy natką pietruszki.
6. Najlepiej smakują na gorąco...
7. ...tak więc żremy!

Wypróbujecie?

Kathy i Leon

poniedziałek, 10 listopada 2014

531. Recenzja: Organic Therapy pianka do mycia twarzy z organicznym ekstraktem z arcydzięgla

Witajcie!

Dziś na tapetę wykładam ostatni już produkt, jaki otrzymałam w ramach współpracy ze Skarbami Syberii: Klik!

Będę mówić o piance do mycia twarzy z organicznym ekstraktem z arcydzięgla z Organic Therapy: Klik!

Słowo od producenta: "Organiczny ekstrakt z arcydzięgla dzięki dużej ilości witamin i minerałów regeneruje, odżywia, nadaje skórze gładkości i elastyczności. Skóra nabiera naturalnego blasku. Organiczny olej z wiesiołka bogaty w kwas gamma-linolenowy posiada niezwykłe właściwości odmładzające i regenerujące. Ekstrakt z magnolii działa łagodząco i regenerująco, a ekstrakt z lilii zapobiega powstawaniu zmarszczek i fotostarzeniu skóry.

Produkt nie zawiera :
• SLS
• SLES
• Parabenów
• Glikoli
• Ftalanów
• Silikonów
• Syntetycznych barwników

Pojemność: 150 ml

Sposób użycia:
Nanieść piankę na wilgotna skórę twarzy delikatnymi masującymi ruchami, a następnie zmyć wodą."

Specyfik w butli:



Obietnice producenckie:


Zbliżenie na pompkę:



Na dłoni:



Szczegóły:

Cena i dostępność: produkt
otrzymałam w ramach współpracy ze Skarbami Syberii; można go zakupić tu: Klik! gdzie obecnie kosztuje na promocji niecałe 18 zł. Normalna cena to: 24.90 zł.
   Zapach: świeży, leśny; trochę jak deszcz, trochę jak mech, trochę jak ciepła gleba. Przyjemny!
 Konsystencja: biała pianka do mycia i oczyszczania facjaty.
     Opakowanie i pojemność: urocza biała butelka z fioletowymi zdobieniami i czarnymi napisami; pojemność: 150 ml.
     Wydajność: bardzo dobra. Produkt mam od ponad miesiąca i trochę, używam jedną pompkę dwa razy dziennie - rano i wieczorem - do każdego szorowania cery, a produktu ubyła niecała 1/5.
      Działanie: genialne! Specyfik, mimo braku tych wszystkich chemicznych dodatków/ulepszaczy myjących, jest naprawdę świetny, jeśli chodzi o oczyszczanie skóry. Używam pianki tej zaraz po demakijażu, tak aby dokładnie usunąć pozostałe gdzieś resztki kosmetyków i mieć pewność, że cera jest wolna od wszelakich zanieczyszczeń. Jak to więc stosuję rosyjskiego cudaka? Banalnie prosto - wystarczy nieco zwilżyć twarz, nanieść i rozprowadzić zawartość jednej - dobrze wstrząśniętej wcześniej - białej pianki na facjatę po newralgicznych miejscach - np. oczy, policzki czy usta - i wszystko spłukać. Po pozostałościach makijażu nie ma śladu, skóra jest czysta, odświeżona i taka jakby szczęśliwa. Warto dodać, że dłuższe użytkowanie mazidła sprawia, że pory się chowają, a pryszcze nie wyskakują na karnacji. Jeśli dodam do tego wszystkiego cudowny zapach, niską cenę, naturalny skład, genialną wydajność i zacną w użytkowaniu pompkę - ot kolejny geniusz rosyjski! Mam nadzieję, że już niedługo mazidła te będą dostępnie stacjonarnie wszędzie i zawsze. Cóż mogę rzec więcej? Polecam!
Ocena: 5/5 

Produkt z współpracy, lecz opinia obiektywna.

Kathy Leonia 

PS. A już jutro post kulinarny! 
I to o dziwo bez słodkości w roli głównej.

niedziela, 9 listopada 2014

530. W leniwy, mglisty dzień...

Witajcie!

Dzisiejsza aura jest niczym - wypisz wymaluj - klimat z ekranizacji słynnego horroru: "Mgła" na podstawie powieści Mistrza grozy Kinga Stefana.

Jak tylko obudziłam się bowiem rano i chciałam radośnie wyjrzeć przez okno, niczym gęsta śmietana dopadło mnie ciężkie powietrze i gęsta biel mgielna.
Do tego zimny, mroczny wiatr, grobowa cisza na ulicy i przytłumione światła latarni gdzieś w oddali...

Zatraciłam się zatem przez ów klimat mgielny i coraz bardziej wczuwając się w horrorystyczną atmosferę poranku, zaczynałam już widzieć w duchu pędzącą na mój blok kreaturę w typie kilkutonowej ośmiornicy z zębami, gdy wtem stłamszony na chwilę rozum się odezwał  i przywołał był Leona do porządku.

Zebrałam się w sobie, pokiwałam więc łepetyną dla kurażu i odechciało mi się widoków zza okna.
Pogrążyłam się w przyjemnym, sennym dumaniu, w którym to stanie trwam mniej więcej nadal.

Tak więc - siłą rzeczy - idę dalej sobie leniwcować, a Wam życzę miłej niedzieli.

Kathy i Leon

sobota, 8 listopada 2014

529. Jak wygląda obecnie moja sylwetka?

Witajcie!

Dostaję od Was sporo pytań odnośnie tego, jak obecnie prezentuję się moja sylwetka.
Zapytania owe dotyczą one głównie tego, czy po przebytej hen lat temu anoreksji: Klik! wciąż jestem taka chuda czy - wręcz przeciwnie - przybrałam tu i ówdzie.

Z racji jednakowoż na to, że ciężko opisać wygląd swój wiarygodnie, stwierdziłam, iż po prostu się Wam zaprezentuję w tzw. słit foci do lusterka.

Zresztą możecie ocenić sami:





Myślę, że wyglądam normalnie, tj. szczupło.
Daleko mi do oszałamiającej chudości i z pewnością otłuszczona nie jestem.

Jedyne co jest niepokojące i może świadczyć o dawnej chorobie to fakt chudych jak badyle nóg.
Na powyższym zdjęciu widać wyraźnie, że nie mam prawie wcale przyjemnych okrągłości nożnych, tylko -zamiast nich - sterczące kości.

Próbowałam mnóstwa ćwiczeń wzmacniających mięśnie kończyn dolnych, ale nic to nie dało...
Nogi wyglądają mniej więcej tak samo jak 10 lat temu, kiedy zachorowałam na anoreksję.

Dlatego unikam noszenia obcisłych spodni czy krótkich sukienek, bo ludzie na ulicy zaczynają się zaraz gapić dziwnie.

Mam nadzieję, że owym postem rozwiałam wątpliwości niektrórych z Was dotyczące mego aktualnego wyglądu i tego, czy dycham jeszcze.

Kathy i Leon

PS. Post o aktualnej pielęgnacji ŁZS tworzy się.

piątek, 7 listopada 2014

528. Włosowa aktualizacja: listopad 2014

Witajcie!

Pora na włosiska w listopadowym ujęciu.

Jak się mają?

Tak jak zwykle, a przynajmniej tak, jak w okresie stresowym.
Wypadają sobie raz więcej, raz mniej, puszą się i elektryzują...

Ciężko je ujarzmić by wyglądały znośnie w formie rozpuszczonej, dlatego najczęściej chodzę w tzw. kicie.

Jak się ogarnę z prawem jazdy, mam w planach zapanować nad skrętem nieokreślonym kudłów mych i zacząć delikatnie stylizować włosiska.
Kupiłam już nawet piankę do włosów falowanych, czeka na testy.

Ale może dość gadania.

Czas na focie.

Tak było w październiku:


Tak jest teraz w listopadzie:




Dane poglądowe:

Długość: ok. 61 cm.
Skręt: wywijas gumkowy
 Kolor: blondo-rudo-coś.
 Stan: walczę z ŁZS...
Grubość: ok. 7 cm
  Częstotliwość mycia: co 2/3 dni myję
 Olejowanie: co drugie mycie

Produkty używane do włosowej pielęgnacji:


 Od góry od lewej:

1. Szampon Green Pharmacy do włosów osłabionych i zniszczonych Rumianek Lekarski: Klik! - mycie. 
2. Szampon Lebell przeciwłupieżowy - do mycia z szamponem głównym 1.
3. Oliwka pielęgnacyjna Hipp - do olejowania kudłów.
4. Odżywka Aussie Miracle Moist z olejkiem z australijskiego Orzecha Makadamia do włosów suchych i pozbawionych blasku - odżywkowanie przed i po myciu.

Od dołu od prawej:


1. Aloes z ZSK: Klik! - do szamponu dodawana.
2. Maść przeciwgrzybiczna własnej produkcji: Klik! - codziennie po czesaniu, wklepywana w łepetynę.
3. Keratyna z ZSK - do szamponu dodawana.

A jak Wasze włosięta w listopadzie?

Kathy Leonia