.

.

Oświadczenie

Nie wyrażam zgody na kopiowanie moich słów ani zdjęć. Jeśli chcesz jakieś z nich wstawić u siebie na blogu - zapytaj. Uszanuj czyjąś pracę - czytaj, komentuj, zadawaj pytania, ale nie kradnij!
Obrazek użyty w nagłówku pochodzi stąd: Klik!


Mój stary blog - Karia18

drugi blog: http://karia18.blog.onet.pl


INFORMACJA:

Od jakiegoś czasu mam pewien denerwujący problem z aktualizacją nowych wpisów na liście czytelniczej, natomiast - bez obaw - nowe posty pojawiają się zawsze, codziennie rano, między 7-9. Dlatego śmiało możecie wbijać do Leona pomiędzy jednym łykiem porannej kawy, a drugim!
Aby jednakowoż nie ominąć żadnej notki zapraszam do śledzenia mnie na FB:

Pragnę dodać ponadto, że z racji na zmianę szablonu, niektóre posty - zwłaszcza recenzje - pozostały jeszcze w tle kodu i koloru HTML ze starego szablonu.
Pracuję nad ujednoliceniem całości.
TRANSLATE
Select language

TRANSLATE - SELECT LANGUAGE

Szukaj na tym blogu

piątek, 31 stycznia 2014

324. Hajże na lumpeksy!

Witajcie!

Jako że dawno, ale to naprawdę dawno nie pokazywałam Wam moich łupów lumpeksowych, stwierdziłam, że trzeba to nadrobić.
Dlatego też dnia wczorajszego, prosto przed robocizną, udałam się na małe polowanko do szmateksu (dla osób zainteresowanych, jest to lumpeks na ulicy Elsnera koło przystanku autobusowego i banku).

Nie miałam niestety zbyt dużo czasu na łowy, bowiem czas mnie nieco gonił, nie mniej jednak udało mi się znaleźć kilka naprawdę fajnych i uroczych ciuchów.

Oto one:


koszula Only, stan idealny, rozmiar 8, ok. 7 zł


sweter H i M, stan bardzo dobry, rozmiar S, 10 zł

bluzka na długi rękaw, No Name, 4 zł

Szczególnie rada jestem z tej bluzki koszulowej, która wygląda naprawdę dostojnie i elegancko.
Sweterek nieco mnie rozczarował, bo w przymierzalni prezentował się super, ale już w robociźnie jak go przymierzyłam, trochę zwisał na mnie...
 Ale no cóż, jakoś to przeżyję.

A jak Wasze łowy?

Kathy Leonia

czwartek, 30 stycznia 2014

323. Przesyłka od Żanetki!

Witajcie!

Dziś będzie chwalipięcko.

Jakiś czas temu Żanetka (Klik!) organizowała konkurs rozdaniowy.
Żeby nie było łatwo ucapić główną nagrodę, wymyśliła, że wygra ten, kto ją rozśmieszy najbardziej.

Konkurencja była ogromna.
Liczne linki do śmiesznych filmików, kawały i żarty.

Z początku nie miałam nawet ochoty i siły wymyślać cosik śmiesznego; ot standardowo - jak przy rozdaniach - chciałam życzyć wszystkim powodzenia. Jednakże, przeglądając w między czasie te różne urocze linki, stwierdziłam, że w sumie co mi szkodzi.
I przyłączyłam się do zabawy, opowiadając Żanecie taką oto historię z mego życia:

"Miałam wtedy jakieś 6/7 lat i zachorowałam na przeziębienie. Ot smarki, katarki i chrypki. Babcia, chcąc mnie ratować przed owymi wirusami, zaserwowała mi do wypicia kropelki Olbas Oil. Wszystko ładnie i pięknie, z tymże był jeden szkopulik takiej kuracji. Olejek Olbas Oil, to olejek do masażu obolałych mięśni lub do wdychania podczas nieżytu nosa, ale nie do picia! W postaci płynnej jest trujący silnie i może powodować zgon. Babunia oczywista nie miała okularów, nie przeczytała więc ulotki mówiącej o wyzionięciu ducha, dołączonej do opakowania i nie skonsultowała się z lekarzem i farmaceutą. Zaserwowała mi końską dawkę morderczego leku Olbas Oli, myśląc, że to lek na kaszel, a ja chcąc nie chcąc wypiłam ów specyfik. Jak wypiłam - coś mnie z początku skręciło od środka, po czym poczułam takie wielkie ciepło w żołądku, ale ogólnie czułam się dobrze. Coś mi jednak mówiło, że wcześniej syropek na kaszel inaczej smakował. Wyobraź sobie mój szok, gdy zamiast butelki z syropkiem, babcia mi pokazuje buteleczkę z Olejkiem Olbas... Od razu chwyciłam to coś w ręce swe drżące i zaczęłam studiować ulotkę z opakowania. Jak przeczytałam, tak wpadłam w panikę. Zaczęłam się drzeć, że umieram, że jestem taka młoda, że mam babcię mordercę. Mało tego, przerażona babcia wpadła również w histerię i tak się darłyśmy na cały blok. Dobrze, że mama wróciła zaraz z pracy i równie szybko wywnioskowała z naszych wrzasków co się zadziało. Tak więc w obawie, że jej dziecię odpłynąć może zaraz w zaświaty, wzięła mnie szybko na sondę żołądka. Po drodze - jak i w przychodni - dałam wielki koncert o swoim rychłym odejściu i o tym jaką mam wstrętną rodzinę. Spojrzenia współczujące ludzi dookoła - bezcenne. Na szczęście podczas wizyty ratującej życie moje, lekarz stwierdził, że mam żołądek jak dzwon i że raczej nic mi nie będzie. Zalecił jedynie, abym w przyszłości uważała na to, czym chce mnie babcia poić i karmić, a na przeziębienie i katar najlepszy miód z cytryną, a nie picie olejków. O dziwo - owo przeziębienie przeszło mi na następny dzień. Olejek Olbas zamiast mnie unicestwić - wyleczył. Oto moja szokująca historia".

Za powyższą mrożącą krew w żyłach opowieść otrzymałam takie cuda:



 W zbliżeniu:

CeCe MED, odżywka do włosów Jedwab

Apis, peeling enzymatyczny z żurawiną; Eveline muli-oil essence, Profesjonalny olejek do pielęgnacji ciała

Lakier Coral, nr 206 kropki

Oprócz tego do przesyłki dołączona była czekoladka i uroczy liścik, który wzruszył mnie bardzo.

Jeszcze raz dziękuję Kochana za wyróżnienie i nieopisaną radość, jaką mi sprawiłaś!

Kathy z Leonem i olejkie Olbas

środa, 29 stycznia 2014

322. Trochę Jacka...

Witajcie!

Hoho, już dziś środa!
Jeszcze tylko czwartek i piątek i znów weekend...

Co by jakoś dzielnie znieść ten ciężki czas dwóch i pół dnia, zapodam Wam kilka ujęć Jacusiowych.
W końcu dawno go nie było.

Zacznę od tego, że Jacek jest pasjonatem sportu polskiego.
Nie straszne mu zmęczenie, ani chłód ani głód.
Jak tylko usłyszy, że grają nasi, od razu biegnie galopem do telewizora i nie interesuje go nic.
Porzuci nawet swoje ukochane kapcie do zabawy:




Ostatnio z wielką emocją przyglądał się skoczkom narciarskim.
Aż spuścił łepetynę w powadze kibicowania:




Jednakże nie był wystarczająco zadowolony z wyników i odszedł z godnością dumać nad losem polskiej kadry:



Kathy Leonia i wielkie zaspy

wtorek, 28 stycznia 2014

321. Recenzja: Mariza, pomadka ochronna do ust z filtrami

Witajcie!

Wczoraj było oleiście, dziś będzie smakowo.
Powiem Wam słów kilka o mojej ulubienicy do ust z ostatnich tygodni. Jest nią bowiem pomadka ochronna z Marizy. Moja wersja to smak poziomkowy.

Słowo od producenta: "Woski mineralne i pszczele oraz oleje roślinne działają nawilżająco i natłuszczająco. Lanolina tworzy na wargach ochronny film, chroniący skórę przed niekorzystnym działaniem warunków atmosferycznych. Filtry UVA, UVB, UVC chroniące przed promieniowaniem ultrafioletowym. Pomadka łatwo się rozprowadza i długo pozostaje na ustach.
5 wersji smakowo-zapachowych: poziomkowa, pomarańczowa, jabłkowa, wiśniowa i eukaliptusowo-mentolowa (naturalna)"


Bohaterka na zdjęciu:


 A tu wysunięta:


Na ręku:


I  na ustach:



Szczegóły:

Cena i dostępność: pomadkę niniejszą kupiłam za pośrednictwem koleżanki-konsultantki produktów Marizy. Zapłaciłam jakieś 5 zł.
   Zapach: słodki, cudny, jedyny... Ot poziomka z krzaczka!
  Opakowanie i pojemność:  plastikowy pojemniczek do wykręcania... Pojemność 4 gr.
   Wydajność: bardzo dobra! Ową pomadkę mam od listopada ubiegłego roku i używam jej kilka razy dziennie. A wygląda jak nowa, nietknięta.
 Działanie: od pomadki ochronnej oczekuję przede wszystkim nawilżenia i - jak sama nazwa wskazuje - ochrony przed szybkim wysychaniem naskórka (szczególnie teraz, w te mroźne dni). Produkt Marizy sprawdza się zarówno w jednym, jak i w drugim aspekcie. Przede wszystkim bardzo dobrze nawilża mi usta (jedna aplikacja wystarczy na ok. 3 godziny!), sprawiając, że są ponętne i urocze. Ponadto nie wysusza mi moich wrażliwych warg, ani ich nie podrażnia. Nie jest to pomadka koloryzująca, tak więc nie oczekuję od niej właściwości typowych dla szminek; wystarczy, że będzie ładnie błyszczała po aplikacji. Jest także tania i wydajna - myślę, że trzy/cztery sztuki wystarczą spokojnie na rok. I najważniejsze - zapach! Wielbię ją za tę poziomkową woń prosto z czerwcowej łąki... Jedynym minusem tejże pomadeczki jest to, że ciężko ją dostać w wersji stacjonarnej. Nie mniej jednak, od czego są koleżanki-konsultantki z Marizy.
  Ocena: 4/5

Miałyście?

Kathy Leonia

poniedziałek, 27 stycznia 2014

320. Recenzja: Oliwka Salicylol z 5% kwasem salicylowym, płyn do stosowania na łuszczącą się skórę

Witajcie!

Dziś będzie kleiście i oleiście.
Zaprezentuję Wam bowiem słów kilka o produkcie, którego namiętnie używałam podczas pierwszych starć bojowych z ŁZS.

Będę mówić o oliwce Salicylol z 5% kwasem salicylowym, który powszechnie stosuje się przy wszelkiego rodzaju łuszczących się zmianach skórnych.

Słowo od producenta: "Oliwka Salicylol przeznaczona jest do różnego rodzaju łuszczyce owłosionej skóry głowy, w złuszczaniu łuszczycowatym, łupieżu skóry głowy, łojotokowym zapaleniu owłosionej skóry głowy.

Dawkowanie: Zewnętrznie, na skórę chorobowo zmienioną. Oliwkę wcierać przy pomocy nasączonego zwitka waty w zmienioną chorobowo powierzchnię skóry, odgarniając włosy. Po upływie 1-2 godzin umyć głowę. Zabieg powtórzyć kilka razy w odstępie 3-4 dni. W szczególnie nasilonych zmianach, celem zwiększenia skuteczności preparatu, zaleca się założyć na głowę szczelny czepiec z cienkiej folii.   Uwaga! Nie stosować w przypadku przerwania ciągłości skóry. Unikać stosowania na skórę twarzy, okolicę krocza i ostre zmiany zapalne. Skład: 95% olejku rycynowego i 5% kwasu salicylowego."

Bohater w słoju:

można powiększyć przez "klik" na zdjęcie

I na ręku:


 Szczegóły:

Cena i dostępność: pierwszą butelkę tego mazidła kupiłam w aptece półtora temu, kiedy to wykryto u mnie ŁZS. Koszt - ok. 13 zł.
  Zapach: dla mnie specyfik ten ewidentnie "wali" olejem Kujawskim i trochę takim smalczykiem ze słoniny...
  Opakowanie i pojemność:  słój szklany, który ma tendencję do brudzenia się. 100 gr liczy sobie pojemności.
  Wydajność: gdy używałam regularnie, czyli co drugie mycie na całą głowę, jedna butelka starczyła na jakieś 3 lub 4 miesiące. Teraz drugi słój męczę już ponad rok...
Działanie: moje początki znajomości z tymże produktem były ciężkie... Pierwsza, dosyć hojna aplikacja (palcami) na całą łepetynę i następujące (po jakiejś godzinie) zmywanie mazidła to był koszmar... Włosy się lepiły i kleiły niemiłosiernie, plątały się i strąkowały i za nic nie mogłam ich domyć. Dopiero przy trzecim podejściu się udało. A ile ich przy tym wylazło to aż żal tyłek ściskał... Co jednak z działaniem na ŁZS? Czy były jakieś efekty? Nie uwierzycie, ale tak! Zauważyłam w sumie już od razu, że łuski było mniej, skóra słowy mi się nawilżyła i kudły wyglądały tak jakoś błyszcząco. Ale to nie zmienia faktu, że potem na samą myśl o koszmarze aplikacji i zmywaniu Salicylolu, miałam ochotę butelkę potłuc i wywalić na zbitą szyjkę. Jednakże powstrzymałam się i dzielnie próbowałam dalej. Kolejny raz dałam nieco mniejszą ilość oleju, aplikowaną ostrożniej (na wacik kosmetyczny, przedziałek po przedziałku) i trzymałam krócej. Włosów znów trochę więcej wylazło niż zwykle, ale przynajmniej nie miałam kłopotów z domyciem ich. I odtąd tak właśnie salicylowałam się. Na rezultaty nie musiałam długo czekać. Po kilku dawkach Salicylolu, włosy zrobiły się mocniejsze, grubsze, lśniące; łuska jakby zanikała. Przestała mnie także swędzieć łepetyna i wreszcie nie czułam potrzeby drapania się. Seanse z oliwką powtarzałam regularnie prawie pół roku, do momentu, gdy stwierdziłam, że to już mi niepotrzebne. Teraz stosuję oliwkę tylko profilaktycznie co miesiąc/dwa miesiące. Podsumowując, ten produkt przy ŁZS da się polubić. Ba, a nawet trzeba! Jeśli - podobnie jak ja - męczyliście/męczycie się z łuską i świądem skalpu, oliwka Salicylol się u Was sprawdzi. Uważajcie jedynie, by nie przesadzić z nadmiarem mazidła i z czasem trzymania na łepetynie. Co za dużo - niezdrowo...
  Ocena: 4/5

Kathy Leonia

niedziela, 26 stycznia 2014

319. Gotujemy w weekend, cz. 8 - Murzynek Leona

Witajcie!

Nie wiem jak Wy, ale ja w takie mrozy i śniegi mam dziwnie zwiększoną ochotę na cosik słodkiego.
Wiem, że to nie jest zbyt zdrowe ani dobre dla organizmu, no ale nie mogę się powstrzymać...

Dlatego też postanowiłam, że zapodam Wam dziś moją wersję popularnego ciasta zwanego Murzynkiem.

Składniki:
- 1 i ½ szklanki cukru,
- kostka margaryny,
- 5 łyżek mleka,
 -3 łyżki kakao,
- 2 szklanki mąki pszennej,
 - cukier waniliowy (opakowanie 8 g),
- łyżka proszku do pieczenia,
- 3 jajka,
- 4 łyżki śmietany lub jogurtu
 - garść muesli

Czynności:

1. Margarynę, wodę, cukier i kakao wrzucamy do garnka, mieszamy i podgrzewamy do rozpuszczenia.
2. Po wystudzeniu masy, dodajemy cukier waniliowy, żółtka i miksujemy.
3. W trakcie miksowania dodajemy stopniowo mąkę, jaja, śmietanę/jogurt i proszek. 
4. Ciasto przelewamy na natłuszczoną masłem blachę (25/30 cm) i pieczemy ok. 45 minut w temperaturze 180°C (ciasto musi odstawać od formy).
5. Upieczone ciasto posypujemy kawałkami muesli (ja używałam takich z Biedronki z firmy bodajże Be Fit)
6. Wcinamy!

Ciasto w formie:


I na talerzu:


Lubicie? Jadłyście?

Kathy z Leonem

sobota, 25 stycznia 2014

318. Długi weekend!

Witajcie!

Nawet nie wiecie, jak czekałam na ów dzień sobotni.
Nawet nie macie pojęcia.

Przede mną bowiem trzy dni błogiego lenistwa i świadomego leżenia do góry tyłkiem.
Czeka mnie tzw. długi weekend, gdyż do roboty idę dopiero we wtorek.

O jak dobrze.

W perspektywie tak kuszącego relaksu nawet przygotowana wcześniej dzisiejsza recenzja sobie poszła hen.
Musicie to jakoś mi wybaczyć.

Kathy i Leon

piątek, 24 stycznia 2014

317. Recenzja: Cztery Pory Roku, masło do twarzy i ciała Pomarańcza & Mango

Witajcie!

Kolejna recenzja w tym tygodniu.
Jak zaczęłam je pisać, to nie ma - przynajmniej na razie - przebacz.
Żanetko Ty motywatorze!

Dziś zapodam Wam słów kilka o moim słodkim ulubieńcu mazidlanym. Będę mówić o masełku do twarzy i ciała  Cztery Pory Roku Pomarańcza & Mango. Już pisałam o jego jeżynowym bracie, który również mnie zachwycił: Klik!

Bohater w opakowaniu:



 I na ręku:


 Szczegóły:

Cena i dostępność: owego przyjemniaczka kupiłam w Tesco kilka miesięcy temu za ok. 6/7 zł.
 Zapach: przepiękny, owocowy, kuszący. Czuję pomarańczę, cytrynę, i słodycz mango.
 Opakowanie i pojemność:  pojemniczek w barwie pomarańczowej, który liczy sobie 150 ml pojemności słodkiej.
  Wydajność: używam masełka tego jakieś 2 miesiące, a jeszcze trochę jest na dnie.
Działanie: kocham, wielbię i szanuję serię tych masełek z Czterech Pór Roku. Wariant pomarańczowy, podobnie jak jeżynowy (Klik!) zachwycił mnie do tego stopnia, że kupiłam sobie na zapas kolejne 2 opakowania. Czemu? Przede wszystkim genialne nawilżenie! Moja skóra lubuje się wręcz w tym mazidle; które pozostawia ją gładką, dotlenioną i szczęśliwą. Produkt jest idealny także do skóry na twarzy, gdyż koi i relaksuje mi naskórek na facjacie. I to bez zapychania porów czy podrażniania cery. Warto dodać, że mazidło szybko się wchłania, nie zostawia smug ani tłustej warstwy. No i zapach! Słodki, owocowy, który jest wyczuwalny nawet kilka godzin po nałożeniu preparatu. Polecam i jeszcze raz polecam. To nie jest zwykłe masło do ciała, ale normalnie ambrozja maślana!
 Ocena: 5/5

Wypróbujecie?

Kathy i Leon

czwartek, 23 stycznia 2014

316. Wielkie zakupiska!

Witajcie!

Przychodzę do Was z malutkimi zakupkami kosmetycznymi z Rossmana i Allegro.
Ot tak, aby poprawić sobie humor w ten jakże mroźny czas.

Oto co upolowałam:

od lewej: lakiery: Rimmel 60  seconds nr 215, Rimmel Salon Pro nr 703; Nivea BB Cream Cera Jasna; Loreal Super liner BlackBuster

 A tu w zbliżeniu:

ok 10 z, Rossman

ok 15 zł, Rossman

ok. 20 zł, Allegro

Szczególnie korci mnie wypróbowanie tego kremu BB.
Wiem, że nie jest to produkt godny azjatyckich specyfików tego typu, nie mniej jednak liczę, że ów niveowsko wyrób będzie w porządku.

A Wy coś zdobyłyście ostatnio ciekawego?

Kathy Leonia

PS. Jeszcze tylko dwa dni i weekend!

środa, 22 stycznia 2014

315. Po taniości: Recenzja - Essence Lashes Go Wild Volume Mascara, tusz do rzęs pogrubiająco-wydłużający

Witajcie!

Trzymam się dzielnie postanowienia kosmetycznego i dalej piszę recenzyję sobie.
To już trzeci dzień z rzędu.
O zgrozo...

Dziś na tapecie powrócimy do starej, dobrej serii produktów zatytułowanych roboczo: "po taniości".
Dla przypomnienia, są to rzeczy, które mimo swej niskiej ceny, sprawdziły się u mnie na tyle dobrze, że mogę Wam je z czystym sumieniem polecić.

Tak więc zapodam Wam słowo o bardzo fajnym tuszu do rzęs dosłownie za grosze. Będę mówić o czarnym mazidle do rzęs, czyli pogrubiająco-wydłużającym Essence Lashes Go Wild Volume Mascara.

Słowo od producenta: "Innowacyjny tusz do rzęs w tubce, daje efekt bardzo pogrubionych i czarnych rzęs dzięki szczoteczce podzielonej na pięć odrębnych stref nakładania tuszu."


Bohater w tubie:


 Zbliżenie na szczotę:



 Oko gołe:



Oko po dwóch warstwach tuszu:



Szczegóły:


Cena i dostępność: powyższy tusz ucapiłam jakiś czas temu u siebie w Tesco, gdzie jest szafa Essence. Wyglądał uroczo, więc jako prawdziwa tuszomaniaczka, musiałam go mieć. Kosztował li 5,49 zł.
 Zapach: tuszowy.
  Konsystencja: bardzo dobra! Tusz jest odpowiedniej gęstości, nie cieknie, nie spływa, nie glutuje się. A mam go ponad już bodajże 365 dni...
 Opakowanie i pojemność: zacna tuba o srebrnym umaszczeniu i czarnych napisach. Podoba mi się, że tusz można wycisnąć do końca i nic się nie zmarnuje. Pojemność: 7 ml.
    Wydajność: jak na produkt poniżej 10 zł, jest naprawdę genialna. Używam go i używam i nadal jest!
   Działanie: jeśli miałyście za hit tusz do rzęs z Lovely Curling Pump Up, a nie próbowałyście powyższej maskary z Essence - czas najwyższy to zmienić... Jak dla mnie to właśnie Lashes Go Wild jest tuszem doskonałym i to za małe pieniądze! Czemu go wielbię? Przede wszystkim za świetnie pogrubienie i zdefiniowanie moich "firanek". Rzęsy są ładnie rozdzielone, wydłużone i - co najważniejsze - widoczne na gałce ocznej! Poza tym, tusz ten jest naprawdę wytrzymały - nie osypuje się w ciągu dnia, nie klei rzęs i spokojnie wytrzymuje na oczodole 10 a nawet 12 godzin bez żadnej skazy. Impreza sroga również mu nie straszna... Produkt Essence Lashes Go Wild Volume Mascara jest do pracy, do szkoły, na uczelnię, a nawet na potańcówkę. Podoba mi się również ta jego nietypowa szczota - mimo, że wygląda groźnie, to uwierzcie mi, działa na rzęsach cuda! No i najważniejsze, cena niższa niż 6 zł za tusz naprawdę dobrej jakości. Czego chcieć więcej? Chyba tylko zrobienia zapasów tego produktu!
   Ocena: 5/5


Słyszałyście o tym cudaku?

Kathy Leonia

wtorek, 21 stycznia 2014

314. Recenzja: Organiczny olej kokosowy Virgin White, ZSK (zrób sobie krem)

Witajcie!

Jako, że Żanetka moja kochana stwierdziła, że mało mnie na blogu w sensie kosmetycznym, staram się obecnie to naprawić.
Dlatego walnę sobie dzisiaj kolejną recenzję, a co!

Będę mówić o organicznym oleju kokosowym Virgin White ze strony zrób sobie krem.

Słowo od producenta: "Olej otrzymywany poprzez tłoczenie i rozgrzanie twardej kopry z orzechów palmy kokosowej. Kopra jest wysuszonym jądrem nasienia Cocos Nucifera. Palma kokosowa pochodzi z południowo-wschodniej Azji lub z północno-zachodniej Ameryki Południowej. Produkt posiada Certufikat organizacji Soil Association.

Sposób użycia:
- jako czysty olej do ciała lub do masażu
- dla skóry dojrzałej, suchej
- przy atopowym zapaleniu skóry
- do pielęgnacji włosów suchych i łamliwych.

Bohater w opakowaniu:




I na ręku:


 Szczegóły:

Cena i dostępność: produkt ten kupiłam na stronie ZSK. Kosztował jakieś 7-8 zł.
    Zapach: co by tu dużo mówić - ot olej kokosowy pachnie kokosem, a dokładnie ciasteczkami kokosowymi, czyli kokosankami. Mniam! Musiałam się powstrzymywać, żeby tego oleju nie jeść...
   Konsystencja: w temperaturze pokojowej olej jest białą skałą; gdy robi się ciepło, olej staje się płynny.

 Opakowanie i pojemność: plastikowy pojemniczek, skromny; 40 gr waży sobie.
  Wydajność: średnia. Przy co dziennym użytkowaniu - służył mi jako balsam do ciała - starczył mi na ok. miesiąc.
   Działanie: powyższego produktu używałam najczęściej jako balsamu do ciała. I w tej roli sprawdzał się znakomicie. Przede wszystkim genialne nawilżał i koił mi skórę, nie podrażniając jej.
Ponadto szybko się wchłaniał, nie brudził mi ubrań. Gdyby tylko był nieco bardziej wydajny stałby się moim cudem balsamowym... Stosowałam ów olej także po depilacji jako środek łagodzący podrażnienia i tu również spisał się na medal; niwelował drobne zaczerwienia i ranki w mgnieniu oka. Próbowałam go również używać - zgodnie z włosomaniaczym trendem - na łepetynę, ale niestety to był błąd... Włosy wyglądały po nim masakrycznie - puszyły się i strąkowały... Dlatego też z żalem zaprzestałam kokosowić kudełki, co by ich nie dobić.Jeśli szukacie więc dobrego nawilżacza o pięknym zapachu, korzystnej cenie to szczerze Wam polecam!
      Ocena: 4/5 


Miałyście? Używałyście?

Kathy z Leonem



 

poniedziałek, 20 stycznia 2014

313. Recenzja: La Rive Passion, woda perfumowana 90 ml

Witajcie!

Na dobry początek tygodnia, zapodam Wam ponownie cosik pachnącego.

Będę mówić o wodzie perfumowanej La Rive Passion.

Słowo od producenta: " Zapach ma w sobie niewyczerpalne pokłady energii, która sprawia, że każda kobieta chce tańczyć. Dynamiczna kompozycja pulsuje w rytmie szalonej zabawy. Wolność, niezależność i zmysłowość zostały wyrażone w owocowo-kwiatowych nutach zapachowych.

Kategoria: kwiatowe

Nuty zapachowe: m.in. biały cyklamen, nektarynka, ambra, biały zamsz, marcepan, fiołek. Zapach zbliżony do Hugo Boss Hugo Pure Purple."

Bohater we flakonie:


I w przybliżeniu:


 Szczegóły:

Cena i dostępność: zapach powyższy kupiłam w Tesco. Było to - ojeju - chyba z półtora roku temu. Zapłaciłam za nie jakieś 20 zł.
    Zapach: mocny, głęboki, w nadmiarze duszący. Pierwszą nutę zapachową, jaką wyczuwam zaraz po rozpyleniu perfum tych, jest ambra i piżmo. Dopiero potem, w przeciągu godziny można wyczuć trochę fiołka i nektarynki.
   Konsystencja: jasno-fioletowy płyn do psikania.
Opakowanie i pojemność: fioletowa butelka szklana (aluzja do Hugo Boss Deep Purple, czyli produktu, którego odpowiednikiem jest woda z La Rive), prosta, bez udziwnień. 90 ml pojemności.

  Wydajność: no genialna. Mimo, że mam ten zapach ponad półtora roku i używam na spółkę z mamą - i czasem babcią - sporo jeszcze go zostało na dnie.
   Działanie: po pierwsze i najważniejsze - nie jest to zapach dla delikatnych kobietek. Po drugie, nie jest to pachnidło na co dzień, tylko na jakąś wielką imprezę czy schadzkę nocną. To bowiem mocna, dusząca i przytłaczająca otoczenie woń, przeznaczona dla damy z pazurem i charakterem, ot dla takiej femme fatale. Ja osobiście lubię takie ciężkie zapachy, jednakże czasem nawet dla mnie wytwór La Rive bywa zbyt natarczywy i jeśli rozpylę go za dużo - boli mnie głowa. Używam zatem tych perfum, kiedy mam imprezowy nastrój do górowania w towarzystwie i pełnienia zaszczytnej roli tzw. kobiety-modliszki.
Trwałość zapachu? Na skórze - 2 lub 3 godziny i jakieś 4 na ubraniach; w sumie całkiem nieźle, jeśli weźmiemy po uwagę fakt, iż to woda za 20 zł. I teraz kwestia interesująca - czy La Rive Passion jest rzeczywiście odpowiednikiem oryginalnej woni wody Hugo Boss Deep Purple, której koszt jest prawie 10 razy większy? Jak dla mnie, jest to imitacja zapachu średnio udana. Perfumy Hugo Bossa są jakby delikatniejsze, słodsze i bez porównania bardziej kuszą otoczenie, La Rive Passion natomiast pachnie przy nich jak duszący odświeżacz do toalet i starych futer. Nie mniej jednak, jeśli lubicie takie mocne, ciężkie wonie za małe pieniądze, to polecam Wam wodę perfumowaną Passion.
      Ocena: 3/5

Kathy Leonia

niedziela, 19 stycznia 2014

312. Niedziela!

Witajcie!

Ufff, wreszcie wolne...
Czekają mnie tym samym przynajmniej 24 godziny relaksu.

Dlatego też, biorąc przykład z mego niezwykłego kocura, zaraz się położę obok niego w przedpokoju.

Mniej więcej tak:
 



A Wy również się nie krępujcie.
Podłoga to bardzo wygodne miejsce do odpoczynku niedzielną porą.

Kathy i Leon

sobota, 18 stycznia 2014

311. Pozdrowienia z robocizny!

Witajcie!

Dziś sobota.
Piękny i cudowny czas weekendowy.
Ci, co mają wolny ów dzień, pewnie leżą do góry tyłkiem i się relaksują.
Ja niestety do tychże "cosiów" nie należę.

Ciężko haruję od rana i to wręcz od świtu bladego.
W tym tygodniu przypadł mi bowiem w udziale jakże zaszczytny weekend pracujący.
A z racji na to, że od kilku miesięcy praktykujemy pracę w sobotę w "pojedynkę", od kilku godzin pełnie aż trzy godne uwagi funkcje.
Mianowicie, robię za: recepcję, administrację i "prawie szefową".

Tak więc korzystając z okazji, że jestem sama sobie panią, postanowiłam, że cosik stworzę dla Was.
Cobyście wiedzieli, że żyję.
I  że ten tydzień jeszcze mnie nie wykończył...
Choć nerwy me i psychika są mocno przeżute przez natłok minionych dni.

Tymczasem wracam do panowania na włościach szkolnych.
A Wy trzymajcie się ciepło!

Kathy i Leon

piątek, 17 stycznia 2014

310. Recenzja: Cheap & Chic, Moschino Light Clouds, woda toaletowa 100 ml

Witajcie!

Na przekór okropniej pogodzie i masakrycznego wyprania mózgu, przychodzę do Was z recenzję pewnego pachnidła, które w ostatnim czasie poprawia mi humor.

Mówić będę o wodzie toaletowej Cheap & Chic Moschino Light Clouds.

Słowo od producenta: "Woda toaletowa z roku 2009. Moschino `Light Clouds` to romantyczna kompozycja wyrażająca radość chwili. Zapach należy do kategorii kwiatowo - owocowej z dodatkiem nut drzewnych. Zawiera w sobie akordy brzoskwini, cyklamenu, kwiatu lotosu, jaśmin, różę, drzewo cedrowe i piżmo.

Kategoria: kwiatowo - owocowa

Nuty zapachowe: brzoskwinia, cyklamen, lotos, jaśmin, róża, cedr, piżmo"


Bohater w butli:



I od tyłu:



Cena i dostępność: perfumy te kupiłam z pół roku temu na promocji w Rossmanie. Dałam za nie ok. 100 zł (za 100 ml!), podczas gdy normalna cena w perfumeriach typu Douglas i Sephora to 270 zł...
   Zapach: tak pachnie szczęście i błogość. W pierwszym momencie, zaraz po rozpyleniu, wyczuwam brzoskwinię i lotos, które potem przekształcają się w uroczą woń róży i mocną dozę piżma. Ach!

   Konsystencja: przezroczysty płyn do psikania.
Opakowanie i pojemność: butelka szklana, zwężająca się ku górze, a rozszerzająca się ku spodzie. Butelka ozdobiona uroczym malunkiem chmurek i wielgachnym korkiem... Ów korek niestety, ma jakąś mutację ADHD w sobie - notorycznie bowiem spada i ucieka ze swojego miejsca. Nie lubię czegoś takiego... Ja mam wersję 100 ml.
  Wydajność: w porządku. Już od jakiegoś czasu psikam się tym pachnidłem - dość obficie - na poprawienie humoru w jesienno-zimowe dni a jeszcze go sporo jest. Myślę, że spokojnie na rok starczy.

   Działanie: Żaden inny zapach - a mam ich w swojej kolekcji jakieś 18 sztuk - nie poprawia mi tak humoru jak ten. Gdy mam doła, gdy boli mnie dusza, gdy coś się nie uda, lub z kimś się pokłócę - ot kilka kropelek Moschino Light Clouds wystarczy, abym się "ogarnęła" i wróciła do świata żywych. Woń ta niesamowicie pobudza do działania, jednocześnie otulając zmysły taką jakby
delikatną zmysłowością i słodyczą... Ot wiosna i szczęście bez końca... Otoczenie pozytywnie reaguje na te perfumy i staje się jakby życzliwsze dla ich posiadacza. Byłby to więc perfum idealny, gdyby nie pewne dwa minusiki... Po pierwsze - trwałość, a raczej jej brak. Zapach jest bowiem ulotny - jak owo szczęście i radość, które niesie - i wyczuwalny ok.trzy/cztery godziny na skórze i do 6 na ubraniach. I drugi mankament - cena... Normalny, drogeryjny koszt powyższego cacka to ok. 300 zł powala mnie na kolana. Nie mniej jednak, jeśli chcecie poczuć, co to znaczy przysłowiowy "błogostan", to polecam właśnie ten produkt. Jak powąchacie - to przepadniecie.
      Ocena: 4/5 

Kathy Leonia 

czwartek, 16 stycznia 2014

309. Byle do... niedzieli

Witajcie!

Dwa masakryczne dni przeżyłam.
Jeszcze tylko kolejne... dwa.

A w niedzielę sobie odpocznę.
Howgh.

A tymczasem...:



...idę spać bo ledwo dycham.
I powiadam Wam, że zaraz odpłynę w niebyt.
I mogę drzemać nawet na swoich kapciach.
Tak jak to Jacuś czyni.

Kathy i Leon i Jacek i Kapcie

wtorek, 14 stycznia 2014

308. Pa-da-ka...

Witajcie!

Padam...

Na nogi.
Na ręcę.
Na dupę.
Na głowę.

Na mózg.
Na oko.
Na szyję.
Na zęby.

Wielce Upierdliwie Dostojni Klienci wyprali mi wszystkie komórki myślowe.
Czuję się jak papka błota.
Jakie to cudowne.

Kathy i Leon

poniedziałek, 13 stycznia 2014

307. Poniedziałek u Jacusia.

Witajcie!

Już niestety po weekendzie...
Jaki to dziś dzień mamy?

Ano poniedziałek.
Tygodnia początek.

Nie wszyscy jednak z bólem przyjmują ową wiadomość.
Są bowiem tacy, których wcale nie rusza poniedziałkowa rutyna pracownicza...

Oto ktoś taki:

"a może tak pójdę na spacer w ten jakże piękny, poniedziałkowy dzień?"

"eee nie, idę się zdrzemnąć"

"spadówa, nie rób mi zdjęć, uszanuj koci weekend żywota"
Tak więc Jacuś poszedł spać, a ja Was pozdrawiam automatycznym postem z robocizny.

Kathy Leonia

niedziela, 12 stycznia 2014

306. Gotujemy w weekend, cz. 7 - karpatka z dżemem truskawkowym


Witajcie!

Kto ma ochotę na coś słodkiego?
Wszyscy?

I bardzo dobrze! Bo dziś przyszedł czas na pewne niezwykle pyszne i rozpływające się w ustach ciasto, znane pod nazwą karpatka.

Oto efekt na talerzu:



Korzystałam z tego przepisu: Klik!

Ale oczywiście nie byłabym sobą, gdybym ciasta nie urozmaiciła według własnego mniemania.
Mianowicie, na krem budyniowo-śmietankowy położyłam truskawkowy dżem.

I tym samym zostałam okrzyknięta w rodzinie "królową słodkości".

Jak słitaśnie!

A Wy lubujecie się w karpatce?

Kathy Leonia

sobota, 11 stycznia 2014

305. Zdrowe zbiory: lakiery do paznokci

Witajcie!

Dziś będzie dawno, ale to bardzo dawno pominięty w archiwum post, z serii moich zasobów kosmetycznych.
Myślę, że mogę uznać ową kolekcję za zdrowy zbiór.
 O czym będę mówiła?

O lakierach do paznokci!

Moja kolekcja mieszka sobie tak:



Lakiery z podziałem na marki:
Essence, seria: "Miami Rolles Girl, nr 2

TCW,nr  81

Maybelline, seria: "Colorama" nr: 80

Wibo: Art Liner nr 8, Cracking Coat nr 1,  "Ekspres Growth" nr  444 i 413, Art Liner nr 13

Evelin, seria: "Scarlett", nr: 550, 00, 371

Golden Rose, seria: "With protein",  nr: 235, 323, ?, 325, 328, 329, 348, 351

Jak widzicie moja kolekcja nie jest duża (li 19), myślę że taka w sam raz.
Najwięcej mam lakierów GR, które są dla mnie najlepszą drogeryjną marką mazideł do paznokci.
Piękne kolory, mega trwałe.
Cudo!

A Wasza kolekcja lakierowa ile sobie liczy sztuk?

Kathy Leonia
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...